Wiele moich tekstów poświęcam tematowi wzrostu gospodarczego. I nie mówimy tutaj o jednorocznym wzroście PKB, ale stabilnych i trwałych fundamentach rozwoju naszego kraju. Wydaje się, że tych jak dotąd wciąż nie postawiono. Czy zatem “Nowy Ład”, czyli zapowiedź kolejnego otwarcia, może to zmienić? I co trzeba zrobić, aby to się udało?

Po pierwsze, z kręgów rządowych płyną zapowiedzi stawiania na inwestycje. Świetnie! Tylko że w gospodarce, która ma się rozwijać, inwestować powinny przede wszystkim przedsiębiorstwa. Dzięki temu wzrasta PKB potencjalny, czyli przy wykorzystaniu wszystkich mocy produkcyjnych dana gospodarka wyprodukować może więcej towarów i usług. Firmy, które inwestują w swój rozwój, mają większy potencjał konkurencyjny, w długim okresie mogą dostarczać na rynek więcej i taniej niż wcześniej. Spadek kosztów produkcji dzięki zastosowaniu nowszej technologii pozwala na uzyskanie większej marży przy tej samej cenie sprzedaży. Większa marża to przy założeniu, że firmy chcą się dzielić dochodem z pracownikami, wyższe pensje, a te z kolei to wyższy poziom życia dla pracowników najemnych. Nie chodzi wyłącznie o to, aby państwo raz, czy drugi sypnęło groszem. Chodzi o to, aby wydając pieniądze, dążyło do tego, aby wydatkowane środki budowały siłę polskich firm. Polskich, to znaczy takich, w których jest polski kapitał i rozwijana jest rodzima myśl. Chodzi o podmioty z sektora MŚP, często przedsiębiorstwa rodzinne, które stoją przed egzystencjalnymi dylematami. Ich właściciele muszą mieć bodziec do rozwoju, w przeciwnym razie albo sprzedadzą swój urobek zagranicznemu inwestorowi albo zatrzyma ich szklany sufit.

Inwestycje to wskaźnik, który w ostatnich latach zdecydowanie odbiegał od oczekiwań i rządowych założeń. Nie wystarczy mówić, że będzie się wspierać inwestycje, trzeba jeszcze przedstawić konkretne rozwiązania, jak miałoby to wyglądać. Tylko błagam, nie mówmy tutaj o tzw. estońskim CIT. To zbyt poważna sprawa, aby z niej żartować. Jeśli chodzi o stopę inwestycji, to przed wybuchem pandemii, czyli w roku 2019, wyższą stopę inwestycji niż Polska miały wszystkie państwa naszego regionu. I tak np. na Węgrzech wynosiła ona 27,2 proc., w Estonii ponad 26 proc., podobnie w Czechach. U nas było to skromne 18,5 proc.

W temacie innowacji, kolejnego kluczowego czynnika rozwoju, też jest wiele do zrobienia. Polska zajmuje 18. miejsce w UE, jeśli chodzi o wartość wydatków na innowacje per capita według parytetu siły nabywczej. Do czołówki stawki nawet nie mamy się póki co porównywać, można się tylko nabawić kompleksów. I tu także zrobiono niewiele. Oczywiście słowo „innowacje” jest w Polsce odmieniane przez wszystkie przypadki, tyle że efektywnie wiele z tego nie wynika, chociaż przyznać trzeba, że jest coraz lepiej. Warto do tematu podejść na serio. I państwo także ma tu do spełnienia istotną rolę. Chodzi o to, aby zgłaszało efektywny popyt na nowatorskie rozwiązania, wymagające zastosowania polskiej myśli podpartej odpowiednią technologią. Temu służyć powinny zamówienia publiczne, ale nie takie jak dotychczas. System wymaga zmian, które wydawałby publiczny grosz z myślą o rozwoju gospodarczym, a tego u nas praktycznie nie ma (być może z małymi wyjątkami).

Przed nami wciąż trudny czas. To na początku 2021 roku wiele firm może faktycznie odczuć prawdziwe skutki pandemii. Stąd grozi nam fala upadłości i wzrost bezrobocia. To musi budzić niepokój i skłaniać do poszukiwania narzędzi, które pozwolą uniknąć materializacji tych ryzyk. Dobry plan może się przydać, bo to także komunikat dla przedsiębiorców, żeby się trzymali, bo niebawem wydarzy się coś pozytywnego. Czy tak się rzeczywiście stanie, czy może zostaniemy poczęstowani kolejnym pokazem slajdów, o którym za parę lat nikt nie będzie chciał pamiętać, na czele z autorami tychże slajdów? Zobaczymy. Oby tym razem było inaczej!