Przeglądając specyfikę podziału środków z KPO można popaść w depresję już od samego patrzenia. Prawie 87 mld zł przeznaczono tam na zieloną energię, transformację cyfrową, inteligentną mobilność itp., a na odporność i konkurencyjność gospodarki (tu rzeczywiście pieniądze się przydadzą) udzielono tylko 20 mld zł – pisze w najnowszym felietonie Jacek Janas.

To już piątek przed świętami Bożego Narodzenia. Jak zwykł mawiać red. Stanisław Michalkiewicz, cała Polska pogrąży się w świątecznej „nirwanie” zapominając o tym, co dzieje się na świecie, w kraju, w lokalnych społecznościach. I zastawiam się, czy nawet wybuch bomby jądrowej w bezpośrednim sąsiedztwie naszej Ojczyzny, skłoniłby Rodaków do odejścia od suto nakrytego stołu. Każdy z nas już teraz uczestniczy w gorączce przedświątecznych zakupów i przygotowań, a co za tym idzie nie bardzo zważa na to, co słychać w polityce czy ekonomii. W sumie to i polityka – przynajmniej w kręgu kultury Zachodu, gdzie mniej lub bardziej świętuje się Boże Narodzenie – staje się mniej intensywna, wręcz zamiera.

W każdym razie, dziwnym trafem w tym przedświątecznym okresie uderza skromność wszelkich informacji mających charakter sensacyjny. Wręcz przeciwnie – odgrzewamy stare kotlety, a w zasadzie jeden: Krajowy Plan Odbudowy. W tym temacie wypowiedział się ostatnio przewodniczący Rady Dialogu Społecznego, prezes Związku Pracodawców BCC Łukasz Bernatowicz, którą to wypowiedź przeczytałem na łamach money.pl. Była tak fascynująca, że wzbudziła we mnie chęć poczynienia pewnych refleksji na jej marginesie, wzorem średniowiecznych lub bizantyjskich anonimowych kopistów.

Pan Bernatowicz bowiem przekonuje, że „w opinii BCC kwestia pozyskania środków z KPO pozostaje kluczową z punktu widzenia polskiej gospodarki. Zwłaszcza w tak ciężkim jej położeniu, jak obecnie, które w kolejnych miesiącach będzie – według wszelkiego prawdopodobieństwa – jeszcze gorsze”. Z wypowiedzi pana prezesa wynika, że bez tych środków czeka nas zapewne stagflacja, a w dalszej perspektywie niewykluczony jest poważny kryzys.

Cieszy, że tak światły człowiek dostrzega poważne zagrożenia, z którymi nie tylko przyjdzie się nam mierzyć, ale których pojedyncze symptomy już występują. Z drugiej strony, jak podał kilka dni temu nasz tryskający wiedzą obiektywną GUS, na razie nie jest tak źle, w kontekście choćby współczynnika wzrostu gospodarczego, wyliczonego przez fachowców z tej instytucji na takim poziomie, którego żaden z ekonomicznych proroków zwanych analitykami lub ekonomistami się nie spodziewał. Szkoda tylko, że stan domowych budżetów oraz skala likwidacji biznesów zdaje się nie podzielać entuzjazmu „narodowej gospodarki” najwidoczniej wygrywającej ze światowym kryzysem.

Niemniej jednak widmo stagflacji – czyli jednoczesnego utrzymywania się dwóch z założenia wykluczających się czynników: inflacji i stagnacji gospodarczej – jakże niebezpieczne, zdaniem prezesa BCC zniknie niczym gorączka po kuracji antybiotykowej, czyli na skutek aplikacji środków z KPO.

Ja rozumiem, że cytowane wypowiedzi okraszone były determinantą wzywającą do niezwłocznej realizacji tzw. „kamieni milowych”. W końcu trudno o lepszy argument, gdy chodzi o cudowne wyzwolenie z nadchodzącego kryzysu. Ale odstawiając na dalszy plan narrację polityczną (w końcu będzie na nią dość czasu przy świątecznym stole) i skupiając się na ekonomicznych argumentach osób stręczących nam środki z KPO można ulec wrażeniu, że jest to plan mający same plusy, istne perpetuum mobile, aby w trudnych czasach niczym się nie przejmując do woli wypić i zakąsić. Dla przykładu Pan Bernatowicz twierdzi, że „pieniądze z KPO” „obudzą inwestycje, które spadają do bardzo niebezpiecznych poziomów (warto je porównać do deklarowanych swego czasu przez PMM w SOR 25 proc. i do poziomu 15-16 proc. tych inwestycji dzisiaj), umocnią złotówkę, zmniejszą inflację, nadadzą impuls rozwojowy całej gospodarce, zgodnie zresztą ze swym celem”.

Jak mawiał śp. Stefan Kisielewski „Kiepska to prawda, która nie może dojść do ludzkiej świadomości bez reklamy”. Bo o ile dobrze pamiętam, prawdą w nauce o ekonomii (czego dowodził choćby H. Hazlitt w książce pt. „Inflacja. Wróg publiczny numer jeden”) jest to, że nadmierna podaż pieniądza lub kredytu prowadzi do spadku siły nabywczej pieniądza i inflacji. W końcu KPO oznacza wpompowanie w obieg gospodarczy 158,5 mld zł, w tym 106,9 mld zł w postaci dotacji i 51,6 mld zł w formie preferencyjnych pożyczek.

No, ale dobrze! Czasami inflacja jest rzeczywiście prorozwojowa, budzi inwestycje itd., szczególnie wtedy, gdy pieniądz krąży w gospodarce śladem wyprodukowanych towarów i usług i nikt nie zauważa tych 2-3 proc. spadku wartości rodzimej waluty. Nie powinniśmy się przejmować, skoro i tak już mamy stabilny współczynnik inflacji z granicach 18 proc. i z tego powodu wszystkie opisywane wcześniej problemy. Może te środki z KPO, jeżeli zostaną odpowiednio wstrzyknięte w te sektory, gdzie jest największa potrzeba interwencji, rzeczywiście pozwolą na odbudowę i przetrwanie kryzysu?

Tylko przeglądając specyfikę podziału środków z KPO można popaść w depresję już od samego patrzenia. Dla przykładu z dotacji w ramach KPO 30,6 mld zł przeznaczone zostanie na zieloną, inteligentną mobilność, 25,5 mld zł na zieloną energię, 18,3 mld zł na efektywność, dostępność i jakość systemu ochrony zdrowia i 12,5 mld zł na transformację cyfrową. Łącznie jakieś 86,9 mld zł. Rzeczywiście są to sektory, w których każdy przedsiębiorca, znając problemy czasu kryzysu, pierwszy rzuca się po pieniądze! Pomijając skromny fakt, że większość tych pieniędzy zapewne zostanie przejedzona przez instytucje publiczne, to nie sposób zauważyć, że na odporność i konkurencyjność gospodarki – tu rzeczywiście pieniądze się przydadzą – udzielono tylko 20 mld zł. Już niczym największy z proroków widzę ten wielki wysyp inwestycji i impuls rozwojowy.

A na koniec jeszcze jedna prawda – „pieniądze z KPO”. Piękny eufemizm na zobowiązanie wynikające z pożyczki objętej obligacjami emitowanymi przez UE. Dość specyficzny dług, który solidarnie spłacają państwa członkowskie i dla gwarancji tej spłaty wyzbyły się kolejnej cząstki swojej suwerenności. Tylko skoro UE się zadłuża to żadnych pieniędzy własnych w ramach KPO nie posiada, natomiast obciąża nas całkiem przyzwoitym długiem, który my, Polacy traktujemy niczym dobrodziejstwo. A warto przypomnieć, że dług Polski EDP (czyli obejmujący zobowiązania funduszy i BGK) liczony według metodologii unijnej, wzrósł na koniec III kwartału 2022 r. do 1 bln 479 mld zł. Drobnostka! Spłacimy to ekspresowo, skoro – dla porównania kwot – dochody budżetu państwa w 2022 r. planowane były na kwotę 491,9 mld zł.

Jacek Janas

Poprzedni artykułDino bije rekordy
Następny artykułChiński gigant zamyka biura w Rosji. Wróci po zakończeniu wojny