Liczba mandatów i ogólnie pewien nacisk na noszenie maseczek wcale nie musi być skorelowany z jakością dowodów naukowych, które potwierdzałyby ich wysoką skuteczność w zapobieganiu zakażeń na świeżym powietrzu. Chodzi raczej o to, że uchybienie temu obowiązkowi jest łatwo zauważalne, w przeciwieństwie na przykład do braku dezynfekcji rąk. Gdyby władze kazały nam malować na czole dużą czerwonką kropkę, a ludzie nie chcieliby tego robić, z pewnością najwięcej mandatów byłoby właśnie za brak kropek – pisze w kolejnym felietonie Michał Góra.

skuteczność maseczek higienicznych - grafika wpisu

Marek Domagalski opublikował w „Rzeczpospolitej” opinię „Chojracy bez masek„. Wpisuje się ona w szerszy trend, zauważalny od początku pandemii, to znaczy brak umiejętności niuansowania i przejaw swego rodzaju „sygnalizowania cnoty”. Chodzi o popieranie najdalej idących ograniczeń i restrykcji, chociażby nie miały one mocnego zakotwiczenia w nauce albo podlegały uzasadnionej krytyce ze względu na koszt i skutki uboczne.

Przede wszystkim trudny do obrony jest pogląd, aby w braku jasnych podstaw prawnych obywatele mieli przestrzegać – jakby tego chciał Marek Domagalski – „zarządzeń policjanta”. Takie stanowisko to rodzaj mieszanki okrutnego saint-simonowskiego scjentyzmu oraz dystopii rodem z filmów Danny’ego Cannona. Śpieszę wyjaśnić, w czym rzecz.

Po pierwsze, jeśli chodzi o wątek scjentystyczny, to w swoim dziele The Counter-Revolution of Science Fryderyk August von Hayek opisywał poglądy oświeceniowego myśliciela Henri de Saint-Simona, który właściwie twierdził, że relatywna wolność słowa i myśli z czasów rewolucji francuskiej nie jest dłużej potrzebna i obecnie konieczne jest użycie przymusu prawnego, aby każdemu narzucić „naukowe” wnioski*. Brzmi znajomo? Po drugie, gdy mowa o dystopii, to zdaniem niektórych policjant na miejscu zdarzenia ma być nie tylko egzekutorem praw nauki, choćby nie były skodyfikowane, nie tylko wykładnią prawa, ale także ich stwórcą, niczym filmowy Sędzia Dredd. Skończyć się to może próbą uczenia obywateli prawideł biologii za pomocą służbowej pałki, co po ostatnich wydarzeniach w Głogowie wywołało oburzenie – często dokładnie tych samych osób, które domagają się właśnie takiego podejścia do problemu.

Innymi słowy, poziom zagrożenia nie powinien być odwrotnie proporcjonalny do stopnia realizacji zasad państwa prawnego, za jakie jeszcze w 2019 r. niektórzy daliby się powiesić w koszulce z napisem „Konstytucja”. Dzisiaj natomiast uważają wspomniane prawa za przeszkodę w zwalczaniu epidemii. Wręcz przeciwnie, wszystkie te reguły Europejczycy wymyślili sobie właśnie po to, żeby chronić jednostkę przed arbitralnością władzy i pewną neurotycznością współobywateli, gdy przyjdzie kryzys, także poważny i realny. Odwrotne myślenie („jak jest groźnie, to nie ma reguł”) spowodowałoby na przykład to, że gwałciciele i mordercy nie powinni mieć istotnych praw procesowych. Najczęściej jest wręcz przeciwnie – za poważne zbrodnie przysługuje prawo do procesu przed sądem wyższej instancji i powiększonym składem sędziowskim. Natomiast dzisiaj praworządni w gruncie rzeczy obywatele są traktowani przedmiotowo, środkami administracyjnymi, wątpliwej rangi prawnej (są to najzwyczajniejsze dekrety rządowe) i często bez realnego prawa do odwołania, czego przykładem były drakońskie kary pieniężne podlegające natychmiastowemu wykonaniu. Szerzej na sprawę spoglądając, jeśli utrwali się w nas „odruch kolanowy”, że „więcej ograniczeń i przymusu, to lepiej i bezpieczniej”, to raczej sobie zaszkodzimy, niż pomożemy w długim terminie.

Z maseczkami natomiast sprawa wydaje się bardziej skomplikowana, niż to oktrojował red. Domagalski. Jeśli ktokolwiek chce być uczciwy intelektualnie, to musi przyznać, że dowody naukowe przed wybuchem aktualnej pandemii były w tej mierze raczej marne, a obecne konkluzje są w najlepszym razie mieszane. Nawet często powołany dowód anegdotyczny o „chirurgu operującym cały dzień w masce” nie ma w sumie konkluzywnego rozstrzygnięcia w dobrej jakości dowodach naukowych, jeśli chodzi o unikanie zakażeń na sali operacyjnej. Musimy sobie zatem uświadomić, że tak samo głupio zachowują się przeciwnicy masek, którzy publikują memy przedstawiające ogrodzenie, przez które z łatwością przelatują komary (analogia do wielkości cząsteczek wirusowych oraz porów w materiale, z którego wykonane są maseczki), ale także ci, którzy skuteczność maseczek próbują udowodnić obrazkiem przedstawiającym mężczyzn sikających sobie na spodnie.

Na szczęście na większą uczciwość intelektualną zdobyła się poważna instytucja, jaką jest Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC), która opublikowała wyważony raport techniczny na temat używania maseczek przez społeczeństwo. ECDC ocenia, że Dowody na skuteczność niemedycznych maseczek, zasłon twarzy i przyłbic oraz masek filtrujących noszonych przez społeczeństwo są ograniczone i bardzo niskiej pewności. Kierując się zapewne tzw. regułą ostrożnościową (precautionary principle), raport zaleca więc noszenie maseczek w zamkniętych pomieszczeniach, a poza tym tylko „ich rozważenie w zatłoczonych warunkach na świeżym powietrzu”.

W Polsce niewiele jest Pekinów i Nowych Jorków – w większości miasteczek i wsi trudno o takie „zatłoczone warunki”. Poza tym czy osoby, które bezwzględnie domagają się noszenia maseczek na ulicach, noszą je także w domu? Przecież maseczki zakładamy po to, żeby nie zarazić innych, jeśli jesteśmy w bezobjawowej albo przedobjawowej fazie choroby. W takim razie zdrowie obcego przechodnia albo kolegi z pracy znaczyć ma więcej niż życie własnej żony albo dziecka? To trudna do zaakceptowania hierarchia wartości. Dlaczego zatem nie ma obowiązku noszenia maseczek w domu? Obawiam się, że ze względów praktycznych i podobnie powinno być z losem blankietowego nakazu zasłaniania ust i nosa na ulicy, w deszczu, śniegu i tak dalej.

Jak widać, liczba mandatów i ogólnie pewien nacisk na noszenie maseczek wcale nie musi być skorelowany z jakością dowodów naukowych, które potwierdzałyby ich wysoką skuteczność w zapobieganiu zakażeń na świeżym powietrzu. Chodzi raczej o to, że uchybienie temu obowiązkowi jest łatwo zauważalne, w przeciwieństwie na przykład do braku dezynfekcji rąk. Gdyby władze kazały nam malować na czole dużą czerwonką kropkę, a ludzie nie chcieliby tego robić, z pewnością najwięcej mandatów byłoby właśnie za brak kropek. Poza tym inne nakazy i zakazy pomimo tego, że przyjęły formę przepisów prawnych, są de facto nieegzekwowalne w warunkach demokratycznego państwa prawnego, czego przykładem niech będzie uzasadniony wprawdzie empirycznie obowiązek zachowania odległości półtora metra od innych osób. Epidemia nie zabiła bowiem dotychczasowych zasad, takich jak legalizm i konieczność udowodnienia winy. Wręcz przeciwnie, za każdym obostrzeniem powinno iść wzmocnienie gwarancji przestrzegania praw obywatelskich. Nie można nikogo ukarać za przekroczenie prędkości na podstawie notatki służbowej policjanta wystawionej „na oko”. Z tego samego powodu nie można zaakceptować karania ludzi za niezachowanie wymaganego dystansu, ponieważ policjanci nie używają w celu wykrywania podobnych naruszeń na przykład laserowych miar albo precyzyjnych fotografii. Tego rodzaju nakazy – jeśli nie chcemy całkowicie ośmieszyć idei rządów prawa – powinny przybierać formę zaleceń sanitarnych i opierać się na zaufaniu społecznym. W istocie nie mamy nawet ogłoszonego stanu nadzwyczajnego. Muszą obowiązywać normalne standardy prawne. Nie uchwala się praw, których nie da się w normalnych warunkach legalnie wyegzekwować.

Temat maseczek jest niebezpieczny i podjąłem go z pewną niechęcią. Wymaga się bowiem od nas jakiegoś plemiennego opowiedzenia się ZA albo PRZECIW. ZA są wykształceni Europejczycy, PRZECIW niedomyci troglodyci. Tymczasem, jak to bywa w życiu, prawda najprawdopodobniej leży po środku. Nie oznacza to, że zachęcam do zdejmowania maseczek wbrew prawu. Wręcz przeciwnie, jestem legalistą i uważam ciąganie się po sądach w sprawie w istocie drobnej za rodzaj pieniactwa. Niemniej zarówno w ramach poprzedniego, jak i aktualnego stanu prawnego sądy powszechne dostrzegły brak wyraźnych podstaw ustawowych do nakładania obowiązku zasłaniania ust i nosa na obywateli. Istotne zatem są postulaty racjonalizowania przepisów, ograniczania praw obywateli tylko w oparciu o dobrej jakości dowody naukowe, przy czym „opinia ekspertów” wygłaszana w mediach należy do najsłabszych z nich.

Poza tym powinniśmy traktować obywateli jak dorosłych ludzi. Idźmy za przykładem raportu ECDC oraz duńskich władz, które „generalnie nie wymagają noszenia maseczki lub przyłbicy we wszystkich miejscach dostępnych ludności”. Zaleca się jedynie zakrywanie ust i nosa na zewnątrz, gdy nie jest możliwe zachowanie dystansu społecznego, co oznacza przebywanie w bliskiej odległości od innej osoby przez okres około 15 minut. To w ten sposób najczęściej się zarażamy. Podobny stan prawny odnośnie do maseczek już w Polsce obowiązywał. Szkoda, że kilkunastokrotnie się zmienił, pogłębiając tylko wszechobecny chaos i pomimo pozornej rygorystyczności – także w innych dziedzinach – nie doprowadził do zmniejszenia liczby zakażeń.

*Wykorzystano parafrazę oraz cytat we własnym tłumaczeniu z wpisu w angielskiej wersji internetowej encyklopedii „Wikipedia, wolna encyklopedia”: The Counter-Revolution of Science, https://en.wikipedia.org/w/index.php?title=The_Counter-Revolution_of_Science&oldid=1016996261 (dostęp: 19 kwietnia 2021 r.), na licencji CC-BY-SA.