Nie jest przesadą stwierdzenie, że ruch reprezentantów Czerwonych Chin stanowi jeden z najbardziej znaczących wydarzeń w stosunkach międzynarodowych ostatniej dekady. Można też zakładać, że to zapowiedź ekspansjonistycznych ambicji Chin, stawiających Tajwan w centrum uwagi.

Nowe prawo, uchwalone niedawno przez Narodowy Kongres Ludowy Chin, rzekomo w reakcji na trwające od roku protesty w sprawie coraz silniejszego panowania Pekinu nad Hongkongiem, terroryzm, propagandę i separatyzm, jest tylko chińską nowomową dla wolności słowa, opozycji i utrzymania suwerennego systemu demokratycznego rządzonego przez państwo prawa. Wcielenie w życie nowych, drakońskich praw zostało przerwane po tym, jak pierwszy raz po 30 latach nie wydano pozwolenia na czuwanie upamiętniające masakrę na placu Tiananmen

Chińska odwaga i wyczucie czasu przejęcia Hongkongu (podczas gdy oczy świata były zwrócone na walkę globalną pandemią) sugeruje, że ruch przeciwko pobliskiemu Tajwanowi był promowany. Podczas gdy autonomiczny Hongkong zawsze był post-imperialistycznym cierniem (choć ważnym ekonomicznie) po stronie Chin, samo istnienie Tajwanu jako niezależnego politycznie bytu zawsze było drzazgą w oku dla rządzącej Partii Komunistycznej Chin. Władze Chin nie uważały Tajwanu za oddzielny naród, ale prymitywną buntowniczą prowincję, która ma zostać “wprowadzona do owczarni”.

Tymczasem znaczenie Tajwanu dla Stanów Zjednoczonych (pod względem wojskowym, gospodarczym i moralnym) jest znaczące i nie należy go lekceważyć. I tutaj rodzi się pytanie, czy nadszedł czas na ponowną analizę niejednoznacznych oficjalnych relacji między dwoma narodami.

Amerykańsko – tajwańskie relacje prowadzone są według uchwalonej w 1979 roku ustawy Taiwan Relations Act. Uległy one pewnej poprawie w trakcie prezydentury Ronalda Regana, który wystosował wobec Tajpei tzw. sześć zapewnień, których treść była intencjonalnie niejednoznaczna. Zgodnie z ich treścią Stany Zjednoczone nie uznają formalnego istnienia Tajwanu. Ale tylko dlatego, że zarówno Chiny kontynentalne, jak i sam Tajwan, roszczą sobie pretensje do wyłącznej nazwy „Chiny” na określenie ich państwowości.

Ostatnie 40 lat to okres znaczących zmian. W tym czasie rząd w Tajwanie zrzekł się roszczeń do uznawania się za chiński rząd na wygnaniu. Między oboma krajami zaczęły narastać różnice nie tylko polityczne, ale nawet kulturalne czy językowe.

Chiński smok coraz bardziej umościł się w Hongkongu, sprawiając, że poważniej należy rozważyć nowelizację ustawy regulującej amerykańsko – tajwańskie relacje. Zapewnienie Tajwanowi bezpieczeństwa militarnego wiąże się z nie lada ryzykiem, szczególnie po stronie Stanów Zjednoczonych. Oznaczać to może m.in. zawarcie wielostronnych porozumień, co może być problemem dla stroniącego od takich rozwiązań Donalda Trumpa. Poza tym prezydent USA znany jest raczej z pragmatycznego podejścia do relacji międzynarodowych. Istnieje obawa, że pozostawi on Tajwan samemu sobie, jeśli koszt gospodarczy jego obrony będzie zbyt wysoki lub stanie na przeszkodzie umowie handlowej z Chinami.

Całą sytuację pogarsza jeszcze osłabienie amerykańskiej dyplomacji, Ameryka już za czasów poprzedniej administracji zaczęła ustępować pola w polityce zagranicznej, a pierwsze skrzypce w jej prowadzeniu odgrywa nie sekretarz stanu Mike Pompeo, tylko takie postaci jak Nikki Haley czy John Bolton. Ameryka odczuwać może brak osobowości na miarę Henry’ego Kissingera czy Condoleezzy Rice.

Chociaż najłatwiejszym wydaje się zignorowanie problemu związanego z niepodległością Tajwanu, lepiej zastanowić się nad wzmocnieniem współpracy z tym krajem. Jak zauważał Henry Kissinger, Taiwan Relations Act wiąże tylko amerykańskiego prezydenta. Dokument ten nigdy nie został uznany przez Czerwone Chiny. Ważne aby umieć reagować na rzeczywistość, bo fakt, że coś sprawdzało się w przeszłości nie oznacza, że w przyszłości nie będzie powodowało znacznego ryzyka.

Źródło: Kelly Sloan/Washington Examiner
Tłumaczenie: Dominika Legierska