Fot. Pixabay

Przed szesnastoma laty Polska weszła do Unii Europejskiej. To był jeden ze strategicznych celów naszego kraju, obok integracji z NATO właśnie członkostwo w Unii było spełnieniem aspiracji polskiego Narodu. O ile Sojusz Północnoatlantycki zapewnić miał Polsce bezpieczeństwo militarne, o tyle do UE wchodziliśmy ze względów gospodarczych, aby nadgonić dzielący nas do bogatego Zachodu dystans.

Cel ten był i w dalszym ciągu pozostaje aktualny. Warto jednak pamiętać, że w związku z naszym członkostwem we Wspólnocie narosło wiele mitów i półprawd. Od lat wmawia się nam, że Unia coś nam bezinteresownie daje, nie biorąc nic w zamian. W ten sposób nasz kraj miałby zaciągać swoisty dług wdzięczności wobec swoich dobrodziejów. W ramach jego spłaty winniśmy bezgraniczne posłuszeństwo polegające na milczącym wykonywaniu przesyłanych z Brukseli rozkazów. Podważanie unijnych wytycznych byłoby przejawem braku kultury i swoiście pojętego wstecznictwa. Jak bowiem można kwestionować płynące z Unii polecenia, przecież formułują je ludzie światli, mędrcy, którzy pozjadali wszystkie rozumy, a prawidła demokracji mają w małym palcu. Jeśli się wyłamiemy, przestaną klepać nas po plecach, chwalić dokonane postępy. Skończą się uściski dłoni i ciepłe słowa. Ta nieznośna myśl paraliżować miała umysły Polaków, próbowano w nas wykreować kompleks niższości wyrażający się bezkrytycznym poddaństwem.

Zabierzemy wam fundusze

Swoistą wisienką na torcie jest słynna już groźba odebrania naszemu krajowi europejskich funduszy. Albo się dostosujemy, albo dostaniemy mniej pieniędzy. Środki mają być powiązane z niejasnym pojęciem praworządności. Co ma ono w istocie znaczyć, tego nikt nie potrafi wyjaśnić. Problem polega bowiem na tym, że w Polsce nie działo się w ostatnich latach nic, co wcześniej nie miało miejsca w Europie Zachodniej. Zarzuty o naruszenie zasady niezależności sędziowskiej dużo bardziej pasują do regulacji obowiązujących np. w Niemczech niż w Polsce. Gdyby zatem chcieć stosować te same standardy wobec wszystkich, to wcale nie Polska miałaby największe problemy.

Niemniej groźba finansowego ukarania pojawiła się już dawno temu. To, że nie ma ona żadnych podstaw prawnych, nikogo nie obchodzi. Celem jest wywołanie efektu zastraszenia. Przerażeni taką wizją Polacy powinni czym prędzej odsunąć od władzy krnąbrny rząd, który naraził kraj na takie ryzyko. Tyle że to pic na wodę, fotomontaż. I doskonale wiedzą o tym przede wszystkim ci, którzy takie groźby formułują. Nic i od nikogo nie dostajemy za darmo. Większość środków, która trafia do Polski w formie funduszy unijnych, wraca na Zachód.

Przed kilku laty powiedział to wprost pochodzący z Niemiec ówczesny unijny komisarz ds. budżetu Gunther Oettinger: „Jeżeli będziemy ograniczali środki z budżetu UE dla nowych krajów członkowskich, to negatywne tego skutki poniesie głównie gospodarka niemiecka, która dostarcza często technologii, maszyn i urządzeń i świadczy usługi w projektach realizowanych w tych krajach ze środków unijnych”. Czy można wyrazić się jaśniej? Kto umie liczyć i zna elementarne prawidła gospodarki, ten wie, że z UE nie dostajemy żadnej darowizny. A pamiętajmy jeszcze, że staliśmy się pokaźnym i otwartym rynkiem zbytu dla towarów z krajów tzw. Starej Unii, że z Polski wyjechały miliony ludzi, w sile wieku i często znakomicie wykształconych, zasilając potencjał tamtejszych gospodarek.

Zielony ład i nie tylko

Do tego doliczyć trzeba nieuczciwą konkurencję regulacyjną, której celem jest ograniczenie dostępu polskich firm do wspólnotowego rynku wewnętrznego. Ostatnio jej ofiarą padły polskie przedsiębiorstwa transportowe. Dodatkowo po stronie kosztów jest unijna polityka klimatyczna. W jej efekcie energia w Polsce jest o kilkadziesiąt procent droższa, co oczywiście uderza w potencjał rozwojowy naszej gospodarki. Koszt tzw. zielonego ładu, nowej idee fixe unijnych elit, to dla nas wydatek nawet kilkaset miliardów euro, które musielibyśmy do 2050 roku przeznaczyć aby dostosować się do wymogów tego projektu.

Od kilku lat unijni urzędnicy systematycznie podważają wiarygodność Polski, wskazując na rzekomy brak demokracji i ingerencję w niezależność sądownictwa. W ten sposób próbuje się zohydzić nasz kraj w oczach zagranicznych inwestorów. Tymczasem tym, co faktycznie może być problemem dla podmiotów chcących ulokować w Polsce środki, jest nie brak niezależnego wymiaru sprawiedliwości, tylko ciągnące się latami procesy albo skandaliczne wyroki, które ze sprawiedliwością nie mają nic wspólnego. Próby zrobienia z tym porządku traktuje się jako atak na praworządność (sic!). Tymczasem sprawnie działające sądy, wydające uczciwe wyroki w możliwe szybkim czasie, to fundament rozwoju gospodarczego. Blokowanie reform mających to umożliwić to kolejny koszt, o którym mało kto mówi.

Pamiętajmy o kosztach

Nasze członkostwo w Unii oceniać trzeba rzetelnie i nie jest to obraz jednokolorowy. Pojawiają się w nim także inne barwy i odcienie. Uczciwa analiza wymaga ich uchwycenia, bez powielania prymitywnych kalek czy propagandowych wrzutek. A z takim podejściem do członkostwa we Wspólnocie mieliśmy do czynienia przez wiele lat. Karmiono nas głodnymi kawałkami o wielkiej łasce, jaka jest nam wyświadczana, bo przecież „Unia dała na to, Unia dała na tamto”, a zupełnie pomijano liczne koszty. To jednak perspektywa jednostronna i daleka od rzeczywistości.