Nieodżałowany prezydent Ronald Reagan trafnie wyśmiał swego czasu logikę działania rządu: „Jeśli coś działa – opodatkuj. Jeśli dalej działa – reguluj. Jeśli przestaje działać – dotuj”. Czyli władza najpierw coraz bardziej utrudnia przedsiębiorcom prowadzenie własnego biznesu, a jak przestaje to już być z tego powodu opłacalne, to zaczyna go ratować pieniędzmi podatników. Tak zachowywał się nie tylko amerykański rząd w XX w. W innych krajach Zachodu było podobnie, a obecnie nadal jest to standard.

Tomasz Cukiernik

Najpierw przez dziesiątki lat na Zachodzie stosowano olbrzymie opodatkowanie oraz coraz bardziej absurdalne i nieprzyjazne biznesowi przepisy. W rezultacie doszło do tak dużego zwiększenia kosztów prowadzenia działalności, że przestało się to w ogóle opłacać. Firmy przeniosły produkcję do Chin i innych obszarów, gdzie fiskalizm jest mniejszy, a regulacje mniej uciążliwe. Dzięki temu koszty prowadzenia działalności stały się znacznie niższe, a opłacalność produkcji – wyższa mimo dodatkowych kosztów w postaci konieczności transportu towarów z drugiego końca świata.

Potem okazało się, że produkcję przejęły przedsiębiorstwa chińskie czy koreańskie. Nadal wytwarzały potrzebne ilości towarów, które następnie Zachód importował. Wszystko szło w miarę dobrze, dopóki nie pojawił się problem z produkcją i transportem. Zaczęły się braki na rynku. Tak stało się z chipami potrzebnymi przy produkcji samochodów, smartfonów i innych urządzeń. Wtedy Unia Europejska – która dotuje wszystko, co się rusza i nie ucieka na drzewo – postanowiła, że należy z podatków finansować budowę fabryk chipów w państwach członkowskich. Tym samym Bruksela zdecydowała się na naruszenie własnej zasady zakazu subsydiowania prywatnych firm przez państwa członkowskie. No bo według logiki eurokomisarzy, jeśli dotują państwa członkowskie, to jest to naruszenie zasady konkurencji i niedyskryminacji rynkowej, a jeśli dotuje Bruksela, to oczywiście żadnego naruszenia zasady konkurencji i niedyskryminacji nie ma.

Tak więc Komisja Europejska zdecydowała ostatnio, że może zatwierdzić pomoc państwa członkowskiego (samowolka państwa członkowskiego w tej kwestii jest absolutnie zakazana, wszystko musi się odbyć pod czujnym okiem eurobiurokracji) w celu wypełnienia luk w finansowaniu, w szczególności jeśli pomoże ona w tworzeniu najnowocześniejszych fabryk chipów. Urzędnik już tam dobrze zdecyduje za pomocą odpowiednich łapówek, która fabryka półprzewodników jest najnowocześniejsza, a która tylko trochę nowoczesna. W tym drugim wypadku już dotacji nie będzie. To jasne. Tak samo jak urzędnik w Moskwie planował, kiedy i w której republice radzieckiej powstanie fabryka maszyn rolniczych, a gdzie śrubek i guzików.

Państwa członkowskie mają sporo za uszami, jeśli chodzi o tłamszenie gospodarki, ale Unia Europejska dokłada drugie tyle, albo i więcej. Bruksela ustala minimalne stawki niektórych podatków, jak np. akcyzę od paliw, od energii elektrycznej czy wprowadza nowe podatki, jak ten od dwutlenku węgla, co bezpośrednio uderza w całą gospodarkę. Kolejne ciosy (znacznie kosztowniejsze dla biznesu) to wszelakie regulacje dotyczące bezpieczeństwa, ochrony środowiska, walki z klimatem, praw pracowniczych, rzekomej ochrony zdrowia itd. W tej sytuacji bardzo trudno jest firmom przetrwać na terenie Unii, a jeszcze trudniej konkurować na rynku światowym z przedsiębiorstwami pozaunijnymi. W wielu branżach jest to niemożliwe, dlatego właśnie produkcja ucieka poza tzw. wspólny rynek.

Ale współczesne interwencjonistyczne rządy niejednokrotnie zarówno działania utrudniające prowadzenie biznesu, jak i mające je ułatwić realizują wobec większości branż gospodarki równocześnie! Można to określić jako schizofrenia albo po prostu przejęcie zarządzania gospodarką przez państwo za pomocą centralnego planowania. Polityk i urzędnik decyduje, na kogo zostanie nałożony wyższy podatek, a komu zostanie przyznana ulga labo wyższa dotacja. A przecież wiemy, że Unia Europejska jest mistrzem nad mistrzami nie tylko fiskalnym i regulacyjnym, ale i dotacyjnym. Właściwie Bruksela wszystkie te działania prowadzi nie w pewnej kolejności – jak opisywał prezydent Reagan – ale równocześnie. To typowa mentalność biurokraty: urzędnik wie lepiej, co ma się rozwijać w gospodarce (na tym etapie – półprzewodniki), a jaka gałąź przemysłu ma być wyeliminowana raz na zawsze, jak górnictwo węglowe.

Identyczna polityka była prowadzona w związku z kowidem. Najpierw w wybranych gałęziach gospodarki wprowadzono destrukcyjne lockdawny, by równocześnie różne branże wspierać pieniędzmi podatników lub kredytowymi. W listopadzie br. Komisja Europejska przedłużyła na sześć miesięcy do czerwca 2022 r. luźniejsze zasady pomocy państwa dla firm dotkniętych koronawirusem. Ma to powoli odzwyczaić firmy od ponad 3 bilionów euro przekazanych w całej Unii. Interwencjonizmem państwowym najpierw robi się bałagan, by potem ratować wybrańców. Tak wygląda typowa gospodarka centralnie planowana. Nie ma tu miejsca na spontaniczne działania rynkowe. Ma rozwijać się nie to, czego chce konsument, tylko to, co sobie zaplanował biurokrata w Brukseli, Berlinie, Paryżu i Warszawie. Czy na tym polega wolna konkurencja rynkowa? Wolne żarty.

A przecież wystarczy nie szkodzić: nie podnosić podatków i nie wprowadzać nowych, a je obniżać, nie implementować nowych regulacji, a usuwać te istniejące, no i oczywiście nie dotować. Niestety, zamiast oczekiwanej przez przedsiębiorców deregulacji, muszą się oni spodziewać kolejnych przepisów unijnych. Pod koniec listopada br. prezydenci 40 federacji członkowskich BusinessEurope podczas zebrania w Paryżu wezwali przyszłą francuską prezydencję Unii Europejskiej do walki ze złożonością unijnych projektów legislacyjnych. W stanowisku podkreślono, że skomplikowane przepisy hamują rozwój milionów małych, średnich i dużych przedsiębiorstw na terenie państw członkowskich. Prezydent BusinessEurope Pierre Gattaz zwrócił uwagę, że regulacje unijne „stawiają europejskie firmy w niekorzystnej sytuacji podczas konkurowania na światowych rynkach”.

Czyżby więc przedsiębiorcy mieli nadzieję na to, że komisarze pójdą w końcu po rozum do głowy? Wydaje się, że jest to mało realne. Do tego trzeba by przekonstruować całą ideę wspólnego rynku tak, by wrócić do korzeni – do wolnej wymiany towarów i dóbr oraz wolnego przepływu kapitałów, bez szerokiej i drobiazgowej ingerencji regulacyjnej. To by też oznaczało pozbycie się znacznej części władzy przez eurobiurokratów. Czerwono-zielona opcja, która zdominowała Unię Europejską, nigdy na to nie pozwoli, choćby z powodów ideologicznych. Dlatego skazani jesteśmy na powolne więdnięcie, utratę prestiżu i znaczenia gospodarczego naszego kontynentu. Chyba że w jakiś cudowny sposób od władzy w Brukseli odsunięta zostanie ta hołota, a na czele bloku stanie ktoś pokroju Ronalda Reagana.

Tomasz Cukiernik