Holendrom wydaje się, że znaleźli sposób na to jak zjeść ciastko i mieć ciastko i chcą opodatkować samo jeżdżenie autami z tradycyjnymi silnikami. Z kolei Parlament Europejski nie widzi żadnego problemu w przemieszczaniu się po drogach luksusowych marek. Absurdy się mnożą – walka o wciśnięcie prekariatowi elektryków, przy pozostawieniu w spokoju aut spalinowych dla elit, odsłania także hipokryzję ekologistów.

Biznes elektryków ma być wspierany na wszelkie sposoby i już! Z jednej strony przez zachęty do ich kupowania, a z drugiej przez zohydzanie silników spalinowych. Ani polityków lokalnych, ani tym bardziej eurokratów nie interesuje, ile branż i sektorów straci na tej wymuszanej i opartej o fałszywe przesłanki transformacji. Ile znowu firm upadnie? Ilu ludzi zostanie bez pracy?

Będą kontrować liczniki?

Niderlandzcy ministrowie Harbers oraz Marnix van Rij na razie nie wiedzą, jak ma wyglądać opodatkowanie jazdy autami spalinowymi (link). Nie mają też pojęcia, kto oraz w jaki sposób ma śledzić przemieszczania się pojazdów. Zdaniem przynoszącej tego newsa gazety „The Telegraaf” kontrolować przejechane kilometry mógłby organ wydający prawo jazdy lub stacje diagnostyczne okresowej kontroli technicznej. Ciekawe…

Holenderscy politycy wiedzą natomiast jedno – wraz z wypieraniem aut spalinowych przez elektryki spadają dochody państwa z akcyzy. W tej sytuacji system ściągania podatków „za kilometry” ma być jak najprostszy. Nieważne, czy kierowca będzie jeździł w godzinach szczytu, czy wieczorem lub w nocy, więc nie chodzi tu – jak się okazało – o rozładowanie korków. Nieważne też, czy auto jest używane do celów prywatnych, czy jako dostawcze w biznesie. Płacić ma każdy. Niemal każdy.

Są równi i równiejsi

Z jednej strony Parlament Europejski forsuje nowe przepisy, by od 2035 r. można było w Unii Europejskiej sprzedawać nowe samochody tylko z silnikami innymi niż spalinowe. Z drugiej zaś strony nie przeszkadzają mu luksusowe marki typu Ferrari, Lamborghini czy Bugatti. Producenci, którzy wytwarzają nie więcej niż 10 tys. sztuk rocznie aut osobowych i 22 tys. dostawczych dla bogaczy, będą mogli robić to dalej „ładując” do nich ogromne silniki i nie dotkną ich żadne restrykcje. Jak można przypuszczać, jazda elit już nie truje środowiska.

Ten kolejny absurd dostrzegło nawet Stowarzyszenie Europejskich Producentów Pojazdów (ACEA). Co prawda, generalnie beczy ono w chórze entuzjastów elektryków, ale w tym przypadku wyartykułowało obiekcje: „W związku ze zmiennością i niepewnością, której globalnie doświadczamy każdego dnia, jakiekolwiek długoterminowe regulacje są przedwczesne. Potrzebny jest przejrzysty przegląd sytuacji w połowie drogi do zrównoważonej mobilności, aby określić cele na okres po 2030 r.” – napisało w swoim oświadczeniu ACEA .

Co z dostawami towarów?

Eurokratom marzy się – jak to nazywają – dekarbonizacja transportu. Po drogach mają poruszać się wyłącznie ciche i ponoć zeroemisyjne pojazdy. Nieważne, że samochody, statki i samoloty odpowiadają łącznie jedynie za jedną czwartą emisji dwutlenku węgla, podtlenku azotu czy metanu. Same auta zaś – za nie więcej niż 12 procent. Szkoda też, że nic nie mówią o tym, jak w takim razie zorganizować logistykę zaopatrzenia. Bo dotychczas stawiane stacje zasilania elektryków nijak się mają do potrzeb przedsiębiorców.
O tym będą pewnie jeszcze radzić. Parlament Europejski ma co robić.

Poprzedni artykułCzy warto zmienić formę opodatkowania za 2022 rok
Następny artykułWalka z klimatem zrujnuje rolników