Z jakichś zagadkowych przyczyn nikt z płomiennych szermierzy przyszłej unii polsko-ukraińskiej nie jest w stanie powiedzieć, na czym konkretnie miałaby ona polegać. Czy na przykład Ukraina, albo to, co z niej zostanie po zwycięskiej wojnie, zostanie przyłączona do Polski, czy też odwrotnie – Polska, albo to, co z niej zostanie po zwycięskiej wojnie, zostanie przyłączona do Ukrainy jako rekompensata za ukraińskie terytorium utracone na rzecz Rosji? – pyta w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Od pewnego czasu krążą po naszym nieszczęśliwym kraju fałszywe pogłoski o rychłym proklamowaniu unii polsko-ukraińskiej. Pierwszą jaskółką była konferencja w hotelu Gołębiewski w Mikołajkach z udziałem pana Kosiniaka-Kamysza, Czesława Bieleckiego i jeszcze kilku osobistości, a debatę prowadził Jan Maria Rokita, ongiś krwisty i potężny szef Urzędu Rady Ministrów u panny Suchockiej, a obecnie ozdobiony majestatyczną tołstojowską brodą. Uczestnicy debaty doszli do zgodnego wniosku, że nie ma rady; trzeba jak najszybciej proklamować unię polsko-ukraińską, a pan Czesław Bielecki wyraził nawet pogląd, że nieważne, jak ten twór będzie się nazywał, bo najważniejsze jest, by integracja Polski z Ukrainą nastąpiła jak najszybciej.

Tę intencję 3 maja powtórzył pan prezydent Duda, wyrażając nadzieję, że granica między Polską i Ukrainą wkrótce przestanie istnieć. Co prawda, podczas swojej pielgrzymki do Kijowa, kiedy to prezydent Zełeński uczynił wobec niego gest w postaci uruchomienia syren alarmowych, co pielgrzymce pana prezydenta Dudy nadało charakter heroiczny, trochę spuścił z tonu, mówiąc, że granica między Ukrainą i Polską powinna „łączyć”, ale żeby „łączyła” – cokolwiek miałoby to oznaczać – to musi przecież najpierw istnieć.

Niezależnie jednak od tego idea unii polsko-ukraińskiej raz rzucona w powietrze zaczęła żyć własnym życiem i obecnie, oprócz Wielce Czcigodnego Pawła Kowala, który Ukrainie oddałby całą Polskę, jej entuzjastą okazał się podobno doradzający panu prezydentowi Dudzie pan prof. Andrzej Zybertowicz.

Z jakichś zagadkowych przyczyn nikt z płomiennych szermierzy tej unii nie jest w stanie powiedzieć, na czym konkretnie miałaby ona polegać. Czy na przykład Ukraina, albo to, co z niej zostanie po zwycięskiej wojnie, zostanie przyłączona do Polski, czy też odwrotnie – Polska, albo to, co z niej zostanie po zwycięskiej wojnie, zostanie przyłączona do Ukrainy jako rekompensata za ukraińskie terytorium utracone na rzecz Rosji? Ani też co właściwie Polska ma z tego wszystkiego mieć? Ale ten mankament rekompensowany jest gigantyczną wizją mocarstwowej Rzeczypospolitej, co jeszcze raz pokazuje trafność spostrzeżenia rosyjskiego ambasadora Katarzyny w Warszawie Ottona Magnusa von Stackelberga, że Polacy nabrali nawyku kultu działań pozornych.

W przypadku polityków ukraińskich sytuacja wygląda inaczej, bo – przynajmniej dotychczas – opanowali oni do perfekcji sztukę obcinania kuponów od prezentowania na arenie międzynarodowej Ukrainy jako państwa specjalnej troski, któremu – niczym dziecku upośledzonemu umysłowo – lepiej w niczym się nie sprzeciwiać, tylko spełniać wszystkie jego zachcianki, bo w przeciwnym razie  może zrobić coś okropnego, na przykład popełnić samobójstwo, albo zamordować kogoś innego, albo w najlepszym wypadku – podpalić dom.

Toteż w sytuacji, gdy wojna, jaką Stany Zjednoczone przy pomocy NATO prowadzą na Ukrainie z Rosją, przechodzi w stan przewlekły, rośnie zaniepokojenie europejskich członków NATO – oczywiście poza Polską, która dla Ukrainy gotowa jest poświęcić wszystko, łącznie z własnym, samodzielnym istnieniem – czy przypadkiem koszty wspierania Ukrainy, jako państwa specjalnej troski, nie staną się zbyt uciążliwe dla nich samych. Wyrazem tego zaniepokojenia była kijowska pielgrzymka trzech króli, czyli francuskiego prezydenta Macrona, niemieckiego kanclerza Scholza i włoskiego premiera Dragiego, a więc przedstawicieli europejskich państw poważnych. Nawiasem mówiąc, prezydent Zełeński ich również udelektował fanfarą z przeciwlotniczych syren, ale nie o to chodzi, tylko o prawdziwy cel pielgrzymki. Formalnie było nim zakomunikowanie prezydentowi Zełeńskiemu radosnej wieści, że tylko patrzeć, jak Ukrainie zostanie przyznany status kraju kandydującego do Unii Europejskiej, z czym tamtejsi oligarchowie muszą wiązać wielkie nadzieje, ale tak naprawdę ta radosna wiadomość mogła być tylko rodzajem czekoladowej polewy otaczającej gorzką pigułkę w postaci oczekiwania, że Ukraina jak najszybciej zakończy wojnę pokojem polegającym na pogodzeniu się z utratą 25 procent terytorium państwowego, to znaczy – uprzemysłowionych obwodów po wschodniej stronie Dniepru i wybrzeża czarnomorskiego.

Czy kandydatura Ukrainy do Unii Europejskiej będzie miała pomyślny finał, to nie jest takie oczywiste, zwłaszcza kiedy przypominamy sobie przykład Turcji, która do UE od lat kandyduje i kandyduje.

Skoro my to wiemy, to wiedzą to również na Ukrainie. W tej sytuacji nie można wykluczyć, że koncepcja unii polsko-ukraińskiej wykluła się właśnie tam, a jej celem było doprowadzenie do sytuacji, że Ukraina do Unii Europejskiej zostanie przyłączona jako część państwa będącego już członkiem UE, to znaczy – Polski. Tak się bowiem składa, że wiele państw członkowskich UE uważa, że gdyby nie wojna, to nikt kandydatury Ukrainy do UE nie traktowałby poważnie, m.in. ze względu na panującą tam korupcję i poziom praworządności jeszcze niższy niż, dajmy na to, w Polsce. Proklamowanie unii polsko-ukraińskiej byłoby w tej sytuacji rodzajem faktu dokonanego, który pozwalałby przejść nad tymi wszystkimi wątpliwościami do porządku, a ze względu na przysługujący Ukrainie status ofiary  z powodu wojny, każdego, kto by swoje wątpliwości nadal podnosił, można by uznać za agenta Putina, z którym Stany Zjednoczone zaraz zrobiłyby porządek. Z punktu widzenia Ukrainy jest to zatem całkiem niezły pomysł na wciśnięcie się do UE tak zwanym psim swędem, natomiast z punktu widzenia Polski wygląda to trochę inaczej.

Przede wszystkim warto pamiętać, że i przed obecną fazą wojny z Rosją Ukraina była państwem borykającym się z trudnościami przede wszystkim z powodu swego oligarchicznego ustroju. To właśnie była przyczyna masowej emigracji jej obywateli m.in. do Polski, a ta ucieczka po wybuchu wojny, która dostarczyła jej dodatkowych pozorów moralnego i innego uzasadnienia, nabrała tempa stachanowskiego. Proklamowanie unii polsko-ukraińskiej oznaczałoby w konsekwencji konieczność obdarzenia wszystkich dotychczasowych obywateli Ukrainy obywatelstwem owej unii, co oznaczałoby automatyczne nadanie im również obywatelstwa Unii Europejskiej. Po drugie – jeśli wojna jeszcze trochę potrwa, Ukraina, pozostająca obecnie na zachodniej kroplówce, prawdopodobnie będzie państwem jeszcze bardziej zadłużonym. Jeśli proklamowana unia polsko-ukraińska będzie następcą prawnym zarówno Polski, jak  i Ukrainy – a trudno sobie wyobrazić, by z punktu widzenia ukraińskich wierzycieli miałoby być inaczej – to znaczy, że ukraińskie długi musiałyby być spłacane również z terytorium Polski i przez dotychczasowych polskich obywateli, którzy – podobnie jak dotychczasowi obywatele Ukrainy – staliby się obywatelami państwa wprawdzie nowego, ale będącego następcą prawnym tamtych dwóch. Z tych względów – i z wielu innych – warto zastanowić się nad tym pomysłem, by – wbrew radom pana Czesława Bieleckiego i innych uczestników konferencji w Mikołajkach – nie skakać do basenu bez sprawdzenia, czy w ogóle jest tam woda.

Stanisław Michalkiewicz                                     

Poprzedni artykułByć może unikniemy spirali cenowo-płacowej
Następny artykułUnijne zmiany zaszkodzą polskiej branży kosmetycznej