Z pewnością teraz mamy większą wolność gospodarczą niż w czasach Pierwszej Rzeczypospolitej, ale wtedy przynajmniej urzędnicy nie wtrącali się na każdym kroku do życia Polaków, bo ich po prostu… nie było.

Tomasz Cukiernik

„Upadek wczesnego państwa – przez dawniejszych historyków traktowany jako katastrofa i zagłada cywilizacji – dla jego mieszkańców oznaczał często wzrost poziomu życia. Rozpadała się bowiem opresyjna struktura, która wyciskała poddanych do cna, odbierając każdy gram wyprodukowanego zboża, który przekraczał minimum wystarczające do przeżycia. Rozpad organizmu państwowego był zatem katastrofą tylko dla elity. Ta niewielka grupa albo ginęła, albo rozpraszała się, a reszta poddanych oddychała z ulgą – do momentu, w którym państwo odrodziło się ponownie, z nową dynastią i w nowych granicach” – pisze dr hab. Adam Leszczyński w książce pt. „Ludowa historia Polski”.

To spostrzeżenie można łatwo przenieść na czasy dzisiejsze. Mamy właściwie bardzo podobną sytuację. Wtedy, w okresie wczesnego średniowiecza i później, gnębiony i wykorzystywany był chłop (pańszczyźniany), a teraz każdy podatnik, na którego państwo narzuca coraz większe ciężary fiskalne i nie tylko. Wtedy rozpad państwa był katastrofą dla rządzącej wąskiej elity, która stanowiła ułamkową część społeczeństwa. Podobnie dzisiaj upadek rozpasanego państwa opiekuńczego byłby przede wszystkim katastrofą dla setek tysięcy biurokratów, którzy zajmują się najpierw pobieraniem podatków, a następnie rozdzielaniem pieniędzy publicznych. Gdyby nie istniało państwo, nikt by ich na takim stanowisku nie zatrudnił. To samo dotyczy Unii Europejskiej. Szkodzący na każdym kroku wspólnemu rynkowi i wolnościom gospodarczym oraz osobistym eurokraci nie byliby nikomu potrzebni i musieliby się zatrudnić w uczciwej pracy. Wtedy mieszkańcy państw członkowskich naprawdę odetchnęliby z ulgą, a setki miliardów euro mielone przez Unię Europejską nie byłyby regularnie zabierane z ich kieszeni.

Jak pisze Leszczyński, przedrozbiorowa Rzeczpospolita była państwem, które de facto nie istniało: „Państwo wycofało się z relacji pomiędzy szlachcicem a poddanym i próbowało do niej powrócić ponownie w ostatnich latach Rzeczypospolitej. Przez dwa stulecia z okładem na dobrą sprawę go jednak nie było: pojawiało się, nieudolnie i z opóźnieniem, głównie w obliczu wielkiego buntu. Obciążenia podatkowe pozostawały bardzo niskie. Sądownictwo miało charakter prywatny. Policji nie było. Administracja w nowoczesnym sensie tego słowa nie istniała”. Można powiedzieć, że w pewnym sensie był to libertariański ideał. Ale tylko dla szlachty, która stanowiła mniej niż 10 proc. społeczeństwa. Nie dla chłopów, których było ponad 90 proc. społeczeństwa i którzy nie mieli niemal żadnych praw.

„W czasach świetności Rzeczpospolita była federacją mikropaństewek szlacheckich, w których to ziemianin sprawował władzę” – pisze Leszczyński. Dodaje, że „w praktyce więc państwo zaczęło ingerować w społeczne relacje władzy dopiero w czasach zaborów”. Czyli w Pierwszej Rzeczypospolitej nie było całej tej biurokracji, która współcześnie wtrąca się w każdy aspekt naszego życia pod pretekstem, że lepiej od piekarza wie, jak należy piec chleb, a od rolnika – jak uprawiać pole. Nie było państwowych menadżerów z politycznego nadania, który rzekomo lepiej od prywatnych przedsiębiorców wiedzą, jak wydobywać węgiel czy produkować cukier i nie było eurokratów, którzy już dawno zadecydowali, że lepsze od energetyki węglowej i gazowej są odnawialne źródła energii, a od samochodów spalinowych – auta elektryczne. Na dodatek taka Fundacja Geremka za pieniądze zabrane unijnym podatnikom poucza ich, że należy ograniczyć produkcję mięsa, krótkodystansowe loty i ogólnie konsumpcjonizm oraz masową produkcję.

Niemal cała gospodarka Pierwszej Rzeczypospolitej opierała się na pracy chłopów w polu. Niebywałe jest to, że ta prymitywna wtedy i mało efektywna działalność rolnicza była w stanie wyżywić i utrzymywać przy życiu nie tylko włościan, ale właśnie z niej całkiem nieźle żyła cała szlachta i rodziły się bajeczne fortuny magnatów. Tymczasem w dzisiejszych czasach, kiedy rolnicy mają do dyspozycji nowoczesny sprzęt, wiedzę i nawozy sztuczne, nie tylko ich udział w PKB jest nikły, ale na dodatek reszta społeczeństwa do nich dopłaca. Wszystko jest postawione na głowie. Jak to możliwe, że pięć wieków temu prymitywna gospodarka rolna bez problemu utrzymywała całe społeczeństwo i szybko bogacące się elity oraz osoby będące na szczytach społecznej hierarchii, a teraz, kiedy dramatycznie wzrosła wydajność rolnictwa, podobno konieczne są dopłaty do hektara? Niewiarygodne, jak źle politycy mogą pokierować sprawami, by doprowadzić do takiej absurdalnej sytuacji. To pokazuje też, że założenie, które stoi przy tworzeniu Wspólnej Polityki Rolnej, że bez niej wszyscy w Europie pomarliby z głodu, jest wierutnym kłamstwem i manipulacją.

Pierwsza Rzeczypospolita poza tym, że uskuteczniała program państwa minimum, miała niestety też wady, które we współczesnych państwach nie występują lub występują w znacznie mniejszym zakresie. Wtedy z wolności osobistych mogła się cieszyć tylko szlachta, teraz (przynajmniej oficjalnie) równe wobec państwa jest całe społeczeństwo. Wtedy niestety brakowało też wolności gospodarczych: z reguły bardzo trudno było chłopu opuścić wieś, aby robić coś innego w życiu, a mieszczanie nie mogli nabywać dóbr ziemskich, w miastach pilnowano dostępu do cechów i były one też ograniczane możliwościami organizowania targów i jarmarków. Pojawiły się też monopole propinacyjne czy młyńskie. W ten sposób pilnowano przywilejów, które współcześnie też występują, ale w znacznie ograniczonym zakresie. Są raczej wyjątkiem przy zasadzie wolności gospodarczej, a nie na odwrót.

Czy w takim razie lepiej żyło się Polakom w Pierwszej czy żyje się lepiej w Trzeciej Rzeczypospolitej? Zależy którym. Tak samo jak nielicznym magnatom żyło się wtedy lepiej niż włościanom, tak i współczesnym milionerom teraz żyje się lepiej niż zdecydowanej większości społeczeństwa. Bogata elita zawsze sobie poradzi, a biedny lud musi na nią pracować w pocie czoła. Forma transferu bogactwa nie jest już tak istotną kwestią. Czy mamy do czynienia z pańszczyzną, czy z wysokimi podatkami, skutek jest taki sam: w ten sposób utrudnia się biednym poprawę swojego stanu posiadania. Takiego wniosku w książce Leszczyńskiego nie zauważyłem.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułPanel dyskusyjny „Realizm i wartości w polityce”
Następny artykułJak bardzo drożejący gaz uderzy w sektor spożywczy