Zainwestowanie milionów w jakość powietrza w placówkach edukacyjnych przerodzi się w idące w miliardy oszczędności.

W połowie XIX wieku działający na rzecz reform społecznik Edwin Chadwick opublikował „Raport o stanie sanitarnym ludności pracującej”. Brytyjczyk zauważył, że zła jakość systemu sanitarnego, brak dostępu do bieżącej wody oraz odprowadzania nieczystości przyczyniają się do złego stanu zdrowia ludności. Publikacja spowodowała daleko idące zmiany. Samorządy lokalne zaczęły masowo rozwijać systemy kanalizacji oraz dostarczania wody pitnej do budynków. Inwestycje te znacząco wpłynęły na zmniejszenie zapadalności na choroby zakaźne, głównie cholerę. Dziś w rozwiniętych krajach standardem jest zaopatrzenie w wodę i kanalizację. Stało się to dopiero niemal sto lat temu. Minęły wieki rozwoju współczesnej cywilizacji, by zwykła łazienka, która dziś jest standardem, tym standardem się stała.

Epidemia COVID-19 uzmysłowiła nam, że być może czas poprawić standardy czystości w innym obszarze. Mowa o jakości powietrza, którym oddychamy. Nie chodzi o powietrze w miastach, czy o walkę ze smogiem, która postrzegana jest już jako znaczący problem społeczno-zdrowotny. Dotychczas mało kto zwracał jednak uwagę na powietrze, którym oddychamy w pomieszczeniach.

Nasze dzieci spędzają niemal całe dnie w dusznych salach lekcyjnych, żłobkach, przedszkolach, a studenci w salach wykładowych. Nikt dotychczas nie zwracał większej uwagi, że stłoczenie 30 osób na 40 metrach kwadratowych ma swoje konsekwencje. Konsekwencje zdrowotne.

Koronawirus już w ubiegłym roku pokazał, jak szybko w zatłoczonych salach lekcyjnych przenoszą się choroby zakaźne. W tym roku może być podobnie. Sale lekcyjne są duszne już przy wrześniowej pogodzie, a gdy za oknem spadnie temperatura, w kolejnych szkołach zamknięte zostaną ostatnie uchylone okna. Takie warunki są idealne do przenoszenia na masową skalę nie tylko COVID-19, ale także innych chorób. Niski poziom tlenu w sali lekcyjnej wpływa na słabszą pracę mózgu i gorsze wyniki w nauce.

Co roku ponosimy ogromne koszty leczenia przeziębień, grypy, astmy, a od dwóch lat także koronawirusa. Są to nie tylko koszty dla systemu ochrony zdrowia. Absencje uczniów przeradzają się nie tylko w braki w edukacji. Nieobecne dziecko w żłobku, przedszkolu, szkole, to nieobecny w pracy rodzic. Z kolei rodzic, który nie musi zostać z dzieckiem i idzie pracy, to dalsze ryzyko przenoszenia chorób na współpracowników i dalszy wzrost zachorowań. W konsekwencji znów obciążony zostaje system zdrowia, ubezpieczeń społecznych oraz zmniejszeniu ulega produktywność gospodarki.

Co zatem robić? Zacznijmy myśleć o reformie. Poprawmy jakość powietrza w placówkach edukacyjnych. Być może czas myśleć o kompleksowym programie inwestycji w klimatyzację oraz oczyszczanie powietrza w salach lekcyjnych, przedszkolach i uczelniach. Jakość powietrza w miejscach pracy poprawia sam rynek poprzez inwestycje w nowe biura.

Zainwestowanie milionów złotych w jakość powietrza w placówkach edukacyjnych przerodzi się w idące w miliardy oszczędności dla systemu opieki zdrowotnej, systemu ubezpieczeń społecznych, pracodawców, a przede wszystkich poprawi zdrowie ludności. Inwestujemy miliardy w czyste powietrze za naszymi oknami. A problem jest po drugiej stronie szyby.