Trudno dobrze uargumentować pomysł likwidacji podatku od odsetek od lokat bankowych i obligacji w czasie, gdy oszczędności Polaków rosną, a oprocentowanie lokat sięga dna. Nadal warto jednak dyskutować nad tym, jak taki podatek powinien w przyszłości wyglądać.

fot. Kolasancjusz/Pixels.com

Zapowiedź reformy systemu podatkowego w ramach tzw. Nowego Ładu oraz to, co dzieje się na rynku bankowym (pomysł z ujemnym oprocentowaniem lokat, który jednak został już oprotestowany, m.in. przez KNF), zmusza do głębokiej refleksji nad sensem dalszego utrzymywania tzw. podatku Belki, czyli podatku od zysków kapitałowych. Zwłaszcza w tej części, w której dotyczy on zysków z lokat i obligacji. Szczególnie, że dyskusja wokół zniesienia podatku Belki ponownie wraca. Chociaż nie z inicjatywy rządu.

Co ciekawe, jeszcze w 2011 r. – będąc w opozycji – rządzące dziś Prawo i Sprawiedliwość postulowało zniesienie podatku Belki pobieranego od lokat i obligacji skarbowych, w czym było mocno wspierane przez ówczesnego wicepremiera Waldemara Pawlaka (PSL). Pomysł ten nie zyskał jednak wówczas akceptacji. I prawdopodobnie nie zyska go i dziś.

Fiskus raczej nie odpuści

Podatek Belki (obowiązuje od 2002 r.) płaci się wyłącznie od zysków kapitałowych, czyli od tego, co udało się zarobić na inwestycji (o tym, co jest dochodem kapitałowym, przesądza art. 17 ustawy o PIT). Jeśli inwestycja ma charakter czysto bankowy (lokaty, depozyty), poborem podatku zajmuje się bank i ma on charakter ryczałtu (nie można zatem uwzględnić kosztów uzyskania przychodów czy odliczyć straty – ale ta, w praktyce, nie powinna wystąpić), którego nie trzeba już samodzielnie rozliczać. Podobnie jest przy lokowaniu w funduszach inwestycyjnych.
W pozostałych przypadkach uzyskiwania dochodów kapitałowych podatek trzeba rozliczyć samodzielnie, składając na zakończenie roku zeznanie PIT-38.

Obecnie w zeznaniu takim rozlicza się dochody z odpłatnego zbycia: papierów wartościowych, pożyczonych papierów wartościowych (sprzedaż krótka), pochodnych instrumentów finansowych oraz realizacji praw z nich wynikających, udziałów w spółkach albo udziałów w spółdzielniach. W zeznaniu takim trzeba też rozliczyć dochody z tytułu objęcia udziałów (akcji) w spółkach albo wkładów w spółdzielniach w zamian za wkład niepieniężny w innej postaci niż przedsiębiorstwo lub jego zorganizowana cześć, a także z odpłatnego zbycia walut wirtualnych. W tych przypadkach można już odliczać koszty.

Podatek pierwotnie pobierany był według stawki 20 proc. Później (w 2004 r.) został obniżony do 19 proc. I taka stawka obowiązuje do dziś.

W 2019 r. (danych za 2020 jeszcze nie ma) zeznanie PIT-38 złożyło 235 863 osób, z czego podatek do zapłaty wykazało 97 679 osób. Wykazane przychody wyniosły ponad 62,5 mld zł, ale dochody do opodatkowania już tylko nieco ponad 6,7 mld zł. Dodatkowe 84 mln zł wyniosły dochody z walut wirtualnych.
Z kolei wpływy całkowite z podatku Belki to dziś ponad 3 mld zł rocznie (w 2019 r. wyniosły 2,22 mld zł + 1,6 mld zł ze zbycia papierów wartościowych). To zbyt wiele, aby resort finansów mógł z tego źródła finansowania zrezygnować. Dla porównania, pobierany od początku tego roku podatek handlowy ma dać około 2 mld zł.

Co ciekawe, banki jako płatnicy podatku Belki też na nim zarabiają. Jak informowało Ministerstwo Finansów, w 2019 r. zarobiły na nim 6,67 mln zł. Jest tak dlatego, że płatnik składek ma prawo do wynagrodzenia, z czego banki chętnie korzystają. Tym samym nie są też specjalnie zainteresowane zniesieniem tego podatku. W tym przypadku stoją one raczej po stronie resortu finansów niż klientów.

Podatek, który stał się niewidziany

Opodatkowanie odsetek od oszczędności lokowanych czy to w bankach, czy w obligacjach ma od momentu wprowadzenia tego podatku grono zagorzałych przeciwników. Głównie – co zrozumiałe – wśród liczących się inwestorów. Przy znaczących lokatach nie da się go nie zauważyć, skoro pochłania 19 proc. zysku z lokowanego kapitału, ale przeciętny użytkownik usług bankowych raczej nie zwraca na niego specjalnej uwagi i niespecjalnie się nim przejmuje. Dla większości obywateli bez zacięcia inwestorskiego podatek ten stał się w ostatnich latach wręcz niezauważalny. Po pierwsze dlatego, że nie muszą go samodzielnie rozliczać – robi to za nich bank. Po drugie, oprocentowanie rachunków spadło na tyle, że trzeba naprawdę włożyć sporo pieniędzy, żeby podatek ten w ogóle odczuć. Nie mówiąc już o tym, że większość rachunków nie jest oprocentowana wcale. A gdy nie ma odsetek, nie ma też podatku. Gdy zaś jest, jest na tyle niski, że w porównaniu z pobieranymi przez banki z różnych powodów opłatami, wydaje się być niezauważalny.

Można by zatem powiedzieć, że rzecz nie jest warta dziś zbyt wiele hałasu, bo taka pozycja jak podatek Belki z wyciągów większości Polaków już zniknął.

Wad nie brakuje

Ale to tylko część prawdy. Podatek ten, jak każdy ryczałt, ma bowiem swoje wady. Najczęściej zarzuca się mu, że nie uwzględnia on skutków, jakie dla wartości zysku z lokat ma inflacja. Ta działa przecież tak, że 100 zł posiadane na początku roku, nie jest na jego końcu tą samą kwotą. Przy inflacji na poziomie 3 proc. rocznie te 100 zł z końcem roku będzie warte 97 zł. Inflacja zmniejsza bowiem siłę nabywczą pieniądza. A inflacja w ostatnim czasie w Polsce raczej nie zwalniała.

Argument dotyczący inflacji ma jednak pewną słabość. Można bowiem postawić pytanie, dlaczego akurat przy opodatkowaniu dochodów kapitałowych współczynnik inflacyjny miałby mieć znaczenie, a przy innych już nie. Inflacja tak samo pożera przecież dochody z kapitału, jak i z pracy czy prowadzonej firmy. W przypadku niskomarżowej działalności, np. takiej, w której marża kształtuje się na poziomie 1 proc., podobnie jak w przypadku lokowania oszczędności na 1 proc. osiągnięty zysk (dochód) – przy inflacji wynoszącej np. 3 proc. – jest tak naprawdę przez tę inflację zjadany.

Podatek ten ma jednak także inne wady. Dziś jest on zaokrąglany do pełnych groszy (podatek zryczałtowany). Jeśli zatem ktoś zarobi na pieniądzach trzymanych w banku 1 grosz, to zapłaci podatek w wysokości… 1 grosza. Podatek wyniesie dla niego zatem nie 19, ale 100 proc.
Z punktu widzenia wysokości takiego zysku nie ma to oczywiście ekonomicznie żadnego znaczenia. Jeden grosz ani nikogo (poza fiskusem) nie wzbogaca, ani też nie zubaża. Rzecz jednak w zasadach, a nie konkretnych kwotach. Wydaje się zatem sensowne rozmawianie np. o tym, czy w przypadku takiego podatku nie powinno być jednak kwot wolnych, do wysokości których się go nie pobiera. Tak, aby podatek ten omijał skromne oszczędności polskich rodzin, a dotyczył jedynie „poważnych inwestorów”, jakkolwiek tych ostatnich byśmy sobie nie definiowali.

A może jednak warto go zostawić

Osobiście nie jestem wielkim zwolennikiem zniesienia podatku Belki. Za jego utrzymaniem przemawia, moim zdaniem, idea powszechności opodatkowania, której jestem gorącym zwolennikiem. Każdy obywatel powinien od każdego swojego dochodu oddawać na wspólne cele taką samą część swoich dochodów. Tylko to pozwoli w końcu zbudować przekonanie, że zamiast mówić o bliżej nieokreślonych pieniądzach z budżetu, którymi rządzący tak swobodnie szafują, nauczymy się mówić o pieniądzach podatników, które powinny być sensownie i pod pełną kontrolą wydawane w interesie obywateli.

Nie ma też specjalnych powodów do zachęcania Polaków do oszczędzania, skoro oszczędności te są szacowane na 1,7 bln zł, czyli dwa razy więcej niż jeszcze 10 lat temu. Jeśli dziś coś zniechęca do oszczędzania, to raczej zapowiedź ujemnego oprocentowania środków gromadzonych w banku niż widmo zapłaty podatku.

Jak już jednak wspomniałem, rzecz nie w tym, czy taki podatek jest potrzebny, ale w tym, jak podatek ten powinien być skonstruowany. A tu otwiera się już szerokie pole do dyskusji.