Polska jest krajem rozwijającym się. Jeśli chodzi o poziom życia wciąż gonimy bogate kraje Europy Zachodniej. Aby ten pościg był skuteczny, nasza gospodarka powinna zwiększać swój potencjał produkcyjny, poprawie musi też ulec jej struktura. Chodzi zatem o to, aby jak najwięcej miejsc pracy powstawało w tych gałęziach gospodarki, w których generowana jest wysoka wartość dodana. Ważne jest także to, aby akumulowany był w nich polski kapitał, czyli mówiąc najprościej abyśmy nie byli jedynie fabryką udostępniającą zagranicznym koncernom nisko opłacanych pracowników.

Jak dotąd realizacja tego celu przebiega dosyć opornie. Polska gospodarka charakteryzuje się niemal najniższą stopą inwestycji w relacji do PKB w porównaniu z innymi krajami naszego regionu. Gorzej niż u nas pod tym względem jest jedynie w Bułgarii. Do Węgrów i Czechów tracimy niemal 10 punktów procentowych. Co więcej, wynik ten dalece odbiega od celów stawianych w rządowej Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, bo w 2020 roku wskaźnik ów miał osiągnąć poziom 25 proc. Nie ma na to najmniejszych szans.
Obecna (tj. z 2019 roku) wartość stopy inwestycji jest poniżej 10-letniej średniej dla tego wskaźnika. Co prawda w ostatnich latach udało się nieco go poprawić, wciąż jednak wynik jest daleki od zadowalającego.

Wciąż nie najlepiej jest także, jeśli chodzi o inny istotny parametr jakim jest udział nakładów na badania i rozwój w PKB. W 2018 roku wyniósł on dla Polski 1,21 proc. i jest niemal o połowę niższy od średniej unijnej. Znowu gorzej wypadamy także na tle Czech i Węgier (odpowiednio niemal 2 proc. i 1,5 proc.). Pocieszające jest to, że sytuacja z roku na rok się poprawia, pytanie jednak czy tempo tej poprawy jest zadowalające; 1,21 proc. do PKB to znacznie mniej niż 2 proc. jakie mieliśmy osiągnąć do 2020 roku zgodnie z założeniami SOR.
Także jeśli chodzi o PKB per capita według parytetu siły nabywczej jest gorzej niż zakładano. W 2020 roku miało wynieść 79 proc. średniej unijnej, jak na razie (w 2019 roku) wynosi 73 proc.

Wymienione wskaźniki pokazują z jakim trudem przychodzi rządzącym budowanie trwałych fundamentów polskiego wzrostu. O Strategii na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju słychać wyraźnie mniej niż kiedyś. Wielu celów wynikających z tego dokumentu nie uda się zrealizować w zakładanym okresie. To powinno skłaniać do refleksji, dlaczego tak się dzieje.

Teraz pora na podażową stronę gospodarki

Pierwsza kadencja rządów Zjednoczonej Prawicy upłynęła pod znakiem znacznych transferów społecznych. Zrealizowano szlagierową obietnicę, jaką był program Rodzina 500+. W życie weszły też inne zapowiedzi zwiększające dochód rozporządzalny w gospodarstwach domowych. To zaś nakręcało popyt, będący w ostatnich latach motorem napędowym polskiej gospodarki.

Zabrakło natomiast działań wzmacniających stronę podażową. Deklaracje i szumne zapowiedzi rozmijały się z faktycznymi efektami zmian, np. w systemie podatkowym. Wprowadzane ulgi mające sprzyjać inwestycjom i innowacjom były na tyle pogmatwane i niejasne, że minęło wiele miesięcy zanim przedsiębiorcy zdążyli się w nich połapać. W efekcie dochodziło bardziej do komplikowania niż poprawy sytuacji podmiotów gospodarczych. Działania władzy były nieśmiałe i tak sformatowane, aby głównie nie dochodziło do nadużyć w przyznawanych preferencjach podatkowych. Także obniżka CIT (z 19 do 9 proc. dla firm z sektora MŚP) chociaż znaczna, nie objęła swoim zasięgiem większości firm. Te bowiem rzadko wybierają spółki kapitałowe jako wehikuł do prowadzenia swojej działalności. Dodatkowo próg obrotu na poziomie 1,2 mln euro (docelowo 2 mln euro) można potraktować jako zniechęcający do wzrostu, jeśli bowiem firma osiągnie wyższy obrót zapłaci podatek według ponad dwukrotnie większej stawki, nawet jeśli jej zysk się nie poprawi!

Z podobną sytuacją mamy do czynienia obecnie jeśli chodzi np. o tak zwany estoński CIT. Proponowane rozwiązania nie przypominają za bardzo tych nadbałtyckich, co znacznie osłabi ich skuteczność. W związku z tym powstaje obawa, czy oprócz sukcesu propagandowego uda się osiągnąć coś jeszcze.
Bez działań zdecydowanych i jednoznacznych możemy zatem dreptać w miejscu przez kolejne lata. Przyjmowane będą „estońskie CITy” i temu podobne, a efekt po stronie inwestycji jak był znikomy, tak znikomy pozostanie. Gonić będziemy musieli już nie tylko Zachód ale także kraje naszego regionu, które z budowaniem trwałych fundamentów wzrostu radzą sobie znacznie lepiej niż my.

Co należy zrobić?

W tym kontekście pojawia się pytanie o konkrety, szczególnie te związane z systemem podatkowym. Musi on być zreformowany tak, aby wspierał wydatki na rozwój przedsiębiorstw. Chodzi zatem o to, aby firmy miały podatkową motywację do zwiększania swojego potencjału produkcyjnego. Nakłady kapitałowe zaś dotyczyć mają nie tylko odtworzenia posiadanych zdolności produkcyjnych ale także ich zwiększenia poprzez unowocześnianie parku maszynowego i powszechniejsze zastosowanie najnowszych technologii. Bodźce podatkowe powinny mieć charakter stymulacyjny, nakierowany na zwiększenie możliwości polskiej gospodarki.
W grę wchodzą następujące rozwiązania:
* Szybka amortyzacja środków trwałych, w tym znaczne podwyższenie kwoty, od której można jej dokonać jednorazowo (szczególnie jeśli nakład przyczyni się do zwiększenia potencjału produkcyjnego firmy – podatkowa premia za inwestycję);
* Hipotetyczne koszty odsetkowe od kapitału własnego, dające znaczne korzyści podatkowe (obecne rozwiązania uznać należy za niewystarczające ze względu na wprowadzone limity);
* Rezygnacja z podwójnego opodatkowania spółek kapitałowych;
* Ulga podatkowa dla firm zwiększających zysk, pozwalająca zmniejszyć efektywną stawkę podatkową;
* Podatkowa identyfikacja konsorcjów tworzonych przez mniejsze firmy, dająca konsorcjantom preferencje podatkowe w sytuacji podjęcia współpracy w obszarach B+R oraz ekspansji zagranicznej i udziału w przetargach publicznych;
* Podatkowe „ukosztowienie” wydatków związanych z IPO (rozwiązanie proponowane m.in. w Strategii Rozwoju Rynku Kapitałowego);
* Niższe stawki podatku niezależnie od obrotu, tak aby firma nie była karana wyższymi daninami za to, że się rozwija.

Nie ma czasu do stracenia

Jeśli mamy naprawdę zmieniać polską gospodarkę na lepsze, potrzebne są szybkie i odważne działania. W tym kontekście rodzi się pytanie o koszty dla mocno nadszarpniętych skutkami pandemii finansów publicznych.
Tutaj dochodzimy do dyskusji na temat 60-procentowego progu zadłużenia, jaki dopuszcza polska konstytucja. Wydaje się, że jest on nienaruszalny. Należy jednak zastanowić się, czy będąc na tym etapie rozwoju na jakim jesteśmy nie możemy, przynajmniej okresowo, zdecydować się na jego podniesienie. Taki ruch należałoby powiązać z powołaniem niezależnej Rady Polityki Fiskalnej, która czuwałaby nad tym, aby zwiększanie zadłużenia służyło długookresowym celom rozwojowym naszego kraju, a nie nakręcaniem wydatków socjalnych. To z kolei wymaga kompromisu ponad partyjnymi podziałami.
Pytanie, czy ten w ogóle jest możliwy?