Inflacja ma to do siebie, że dzięki niej szybciej rosną wpływy podatkowe, zmniejsza się koszt obsługi długu państwa i rośnie nominalny poziom PKB, co pozwala na utrzymywanie zadłużenia budżetu na w miarę wysokim poziomie. Dlatego inflacją i wynikającym z niej wzrostem cen nikt z rządzących dziś za bardzo się nie przejmuje. A szkoda…

Główny Urząd Statystyczny podał, że inflacja w kwietniu wyniosła 4,3 proc., a w marcu 3,2 proc. Oznacza to, że ceny w ostatnim czasie rosną coraz szybciej. Zresztą każdy z nas łatwo może zauważyć to przy sklepowych ladach, robiąc codzienne zakupy. Tym problemem rządzący zdaja się jednak nie przejmować. Zwyczajowo, aby obniżyć wskaźnik inflacji, podnosi się stopy procentowe. Prezes NBP wyraźnie jednak od dłuższego czasu mówił, że do końca obecnej kadencji Rady Polityki Pieniężnej (czyli do 2022 r.) stopy podnoszone nie będą. Z kolei rząd uspokaja, że wyższa inflacja ma charakter przejściowy i ceny wkrótce się ustabilizują, bo wskaźnik inflacji zacznie spadać. W budżecie na 2021 r. założono, że średnioroczny wzrost cen nie przekroczy 1,8 proc. Dziś już wiemy, że nic z tego…

Ujemne procenty

Wysoka inflacja to nie tylko wyższe ceny. To także szybsza utrata wartości naszych oszczędności. Szczególnie w sytuacji, gdy utrzymywane są niskie stopy procentowe. Pozawalają bowiem one co prawda płacić niższe raty kredytów, ale równocześnie powodują, że już dziś nasze oszczędności w bankach, są oprocentowane poniżej inflacji. Co więcej, w wielu bankach nie są one w ogóle oprocentowane, a niektóre wspominają nawet o wprowadzeniu tzw. ujemnego oprocentowania. Za trzymanie gotówki w banku nie tylko zatem nic byśmy nie otrzymywali, ale trzeba byłoby za to jeszcze płacić. W tej sytuacji każdy kolejny dzień zimniejsza wartość tego, co udało nam się odłożyć (w tej chwili oszczędności tracą na wartości nawet 3 proc. rocznie). Zmniejsza też siłę nabywczą naszych wynagrodzeń. Zwyczajnie za te same pieniądze można coraz mniej kupić.

To jednak, co może martwić przeciętnego konsumenta, niekoniecznie jest zmartwieniem dla rządu. Dla fiskusa wysoka inflacja wcale nie jest takim dużym problemem. W pewnym sensie to raczej… korzystne zjawisko. Jest tak z kilku powodów. Również podatkowych.

Musimy przecież pamiętać, że dziś jednym z głównych źródeł wpływów do budżetu jest VAT. Przypomnijmy, że w kryzysowym 2020 r. wpływy z VAT wyniosły około 187 mld zł (a planowano zebrać 172 mld zł; dane szacunkowe) przy całkowitych wpływach podatkowych do budżetu na poziomie ponad 370 mld zł. VAT stanowił zatem połowę tego, co udało się zebrać z podatków. Co więcej, w kryzysowym roku pandemii zebrano o 15 mld zł więcej, niż pierwotnie zakładano.

Podstawą naliczania VAT są w dużym uproszczeniu ceny sprzedawanych towarów i usług. Sama cena (znowu rzecz upraszczając) jest ustalana tak, że osoba, która sprzedaje, liczy, ile kosztuje ją dana rzecz (lub usługa), do tego dolicza koszty stałe (np. rozbija płacony czynsz na jednostkę sprzedaży), dolicza płacone składki i podatki oraz swój zysk. VAT doliczamy jest na końcu. A zatem gdy sprzedawca ustali już cenę obejmująca jego nakłady i oczekiwany zysk (od którego musi zapłacić podatek dochodowy), dolicza do tego jeszcze VAT.

Jeśli zatem coś na początku roku kosztuje 123 zł, to przy stawce 23 proc. z tych 100 zł aż 23 zł trafia do państwowej skarbonki. Jeśli cena na koniec roku wynosi 129,15 zł, do fiskusa trafia już 24,15 zł. Sprzedawca podnosi faktycznie cenę o 5 zł. Ale przy sklepowej ladzie ten sam towar kosztuje nas o 6,15 zł więcej.

Jak więc widać, wpływy z tego podatku rosną nie tylko wtedy, gdy rośnie wolumen sprzedaży (liczba sprzedanych towarów lub usług), ale także wtedy, gdy przy niezmiennej sprzedaży rosną ceny. Im wyższa inflacja (wzrost cen), tym wyższa podstaw naliczania VAT i wpływy z tego podatku w państwowej kasie. Im wyższa inflacja, tym wyższy „zysk” fiskusa kosztem portfeli obywateli.

Jeszcze lepiej widać to na przykładzie rosnących cen paliw. Im paliwo jest droższe, tym więcej zarabia fiskus. I to podwójnie. Poza różnymi opłatami (suma podatków i opłat w cenie paliwa wynosi dziś blisko 60 proc.) w cenie paliwa schowane są bowiem także dwa „prawdziwe” podatki. Akcyza i VAT. Żeby było ciekawiej, VAT naliczany jest od ceny paliwa powiększonej już o akcyzę. Tym samym przy paliwowym dystrybutorze zapłacić trzeba podatek od podatku (VAT naliczony również od akcyzy). A musimy pamiętać, że w ostatnim czasie ceny paliw mocno odreagowały okres pandemii, w którym pozostawały na w miarę niskim poziomie.

Sama akcyza naliczana jest według stawek stałych. Nie zależy od ceny paliwa tylko od jego ilości. Inflacja nie wpływa więc na wzrost wpływów z tego podatku. Ale już na VAT tak. Podobnie jak w przypadku innych towarów.

Dzięki inflacji fiskus zyskuje też na kosztach obsługi zadłużenia

Inflacja ma to do siebie, że zmniejsza realne koszty obsługi długu, zwiększa dochody budżetowe, powiększa nominalny poziom PKB. W konsekwencji wyższa inflacja daje rządowi pole do zwiększania zadłużenia lub utrzymywania go na w miarę wysokim poziomie. Stąd też po stronie rządzących nikt obecnie inflacją za bardzo się nie przejmuje. Wszystko jednak do czasu.

Inflacja ma raczej małe szanse na spadek, jeśli programy socjalne planowane w ramach Polskiego Ładu wpompują kolejne miliardy złotych do budżetów najmniej zarabiających, a zatem i najbardziej skłonnych do zwiększania swoich wydatków obywateli. Nowy strumień gotówki trafiającej na rynek może co najwyżej inflację jeszcze bardziej przyspieszyć, a to prędzej czy później skończy się przykrymi konsekwencjami dla zadłużonych Polaków, np. tych, którzy dziś ratując swoje oszczędności i posiłkując się kredytami, inwestują pośpiesznie w nieruchomości. Koszty obsługi kredytów mogą bowiem gwałtownie wzrosnąć, gdy zmuszona w końcu do tłumienia inflacji RPP podniesie stopy procentowe.