Wielkanocny Poniedziałek otworzył oczy niedowiarkom

Ustawa o ochronie zwierząt daje aktywistom prozwierzęcym pole do nadużyć. Chodzi o zapis, który opacznie rozumiany, może stanowić niemały problem dla rolników. W jego myśl aktywiści mogą wejść na prywatną posesję czy teren gospodarstwa rolnego i – w oparciu o własną ocenę – dokonać zaboru zwierząt, jeśli uznają, że te traktowane są z niezachowaniem zasad dobrostanu. Doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji, w której polskim rolnikom odbierane są zwierzęta. Odbierane bez asysty służb mundurowych, odbierane przez osoby nie mające przygotowania do opieki nad zwierzętami czy oceny stanu ich zdrowia, odbierane przez członków organizacji podszywających się pod służby mundurowe.

To właśnie stało się w Poniedziałek Wielkanocny, kiedy to grupa aktywistów prozwierzęcych pod nazwą Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt, dokonała wejścia na prywatny teren i zaboru zwierząt na podstawie dokumentów do złudzenia przypominających druki przygotowane przez urzędników państwowych. Rzeczona interwencja odbyła się na podstawie filmu zamieszczonego w serwisie YouTube i bez asysty policji, czy choćby przedstawicieli Państwowego Instytutu Weterynarii. Co więcej, aktywiści ubrani byli w uniformy imitujące policyjne kamizelki. Sytuacja przelała czarę goryczy.

Wadliwa ustawa

Ustawa o ochronie zwierząt zawiera następujący zapis „W przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia”.

To te słowa doprowadziły do podjęcia interwencji przez ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego, który zapowiedział zmianę obecnych przepisów.

Problem dotyczy nie tylko zaboru zwierząt. Polska od 2014 roku boryka się ze skutkami epidemii afrykańskiego pomoru świń, który dziesiątkuje stada trzody chlewnej. Do niedawna choroba dotykała wyłącznie zachodniej części kraju, jednak w ostatnich miesiącach pojawiła się w Wielkopolsce i w województwie lubuskim. Problem polega na tym, że z 11 milionów świń hodowanych w Polsce, aż 4 miliony utrzymywane są w gospodarstwach w okolicach Gniezna, Jarocina i Poznania. Nasz kraj jest także strefą występowania wysoce zjadliwej grypy ptaków, która utrudniana funkcjonowanie ferm drobiarskich. Obie te choroby wymagają przestrzegania reestrykcyjnych programów bioasekuracji, których podstawowym wyznacznikiem jest zakaz wchodzenia na teren gospodarstw osób do tego nieuprawnionych. Tymczasem aktywiści prozwierzęcy za cel obrali sobie także te dwa typy przedsiębiorstw rolnych. Każde złamanie zasad programu bioasekuracji drastycznie zwiększa możliwość przeniesienia groźnych dla zwierząt wirusów.

To zagrożenie oraz rażące nadużycia pseudoekologów doprowadziły do zdecydowanej reakcji Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Atak aktywistów

W sieci oraz w innych ogólnokrajowych lewicowych mediach aktywiści zarzucali ministrowi Ardanowskiemu, że ten – przez zapowiedź wprowadzenia nowych przepisów – utrudnia im opiekę nad zwierzętami i dbałość o dobrostan żywego inwentarza. Posługiwano się w tym celu zmanipulowanymi informacjami i demonizowaniem skutków zmian w przepisach dla organizacji, które w swoich celach statutowych zapisaną mają ochronę zwierząt. W obronie ministra stanęli rolnicy, którzy w liście otwartym podkreślili istotność projektowanych przez resort rozwiązań. Pod apelem o zmianę prawa podpisało się 96 największych polskich organizacji rolniczych na czele z Federacją Branżowych Związków Producentów Rolnych, Krajową Radą Drobiarską – Izbą Gospodarczą, Instytutem Gospodarki Rolnej czy Polską Izbą Mleka.

Wszystko wskazuje na to, że wadliwe przepisy w najbliższym czasie wreszcie zostaną zmienione. To dobra informacja dla całego krajowego sektora rolnego, który w dobie pandemii mierzyć musi się z wieloma problemami.

*autor jest Dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej