Fot. Pixabay

Warto zastanowić się nad konkretami. Jako przedsiębiorca wiem, że kiedy chcę przeprowadzić jakieś przedsięwzięcie, potrzebuję planu. Aby osiągnąć sukces w biznesie, muszę brać pod uwagę dostępne zasoby oraz umiejętnie je wykorzystać. Powinienem także zdiagnozować słabe strony, punkty wrażliwe, które mogą osiągnięcie celu utrudnić, a nawet uniemożliwić.

W naszym kraju takich barier jest niestety dosyć dużo. Jedną z nich jest skomplikowany i nieefektywny system podatkowy. Nie chodzi nawet o wysokość stawek, problemem jest samo ustalenie podstawy opodatkowania tak, aby fiskus decyzji przedsiębiorcy w tym zakresie nie zanegował. Co paradoksalne, dla firm niejednokrotnie trudnością są przyznawane im ulgi. Te bowiem są tak sformułowane, że po wnikliwej lekturze przepisów i ministerialnych interpretacji w dalszym ciągu nie wiadomo, czy z preferencji można skorzystać, czy też nie. To jak gra w rosyjską ruletkę: uda się albo się nie uda, ale pewności nie ma.

W postpandemicznej rzeczywistości ten feler najpewniej z nami zostanie. A warto zrobić porządek z niejasnymi przepisami, które wymagają wyjaśnień, a następnie wyjaśnień do wyjaśnień i tak dalej. Dla początkującego przedsiębiorcy, członka klasy średniej in spe, to rów trudny do przeskoczenia. Nic dziwnego, że wielu zwyczajnie rezygnuje, etat jest dla nich wyborem bardziej optymalnym, bo bezpieczniejszym. Ludzie ci chowają do pudełka swój potencjał, tracą oni, traci też państwo. Różne programy wspierające startupy czy innowacje nie pomogą w sytuacji, w której murem nie do przebicia dla przedsiębiorcy okazuje się gmatwanina paragrafów. Jeśli dodamy do tego nieefektywne i działające w żółwim tempie sądy, mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego jesteśmy – jeśli chodzi o przedsiębiorczość – w tym, a nie w innym miejscu.

Zatem pierwszy postulat to uproszczenia. Niech przyznawane firmom ulgi to będą prawdziwe ulgi. Bez setek wyłączeń, wyjątków czy odwołań do innych ustaw. Szczególnie teraz warto, aby prawo było dla człowieka, a nie człowiek dla prawa.

Kolejna trudność, z jaką spotykają się przedsiębiorcy, to papierologia. Funkcjonujemy w warunkach permanentnej podejrzliwości, gdzie nikt nikomu nie ufa, brak nam, jak mówią socjologowie, kapitału społecznego. A to właśnie zaufanie jest punktem wyjścia do dalszej współpracy. Filarem i budowniczym tego zaufania powinno być państwo. Tymczasem to ono wiedzie prym w sprawdzaniu, czyż kontrola nie jest najwyższą formą zaufania? To podejście, które wymaga korekty. Mniej zaświadczeń, więcej oświadczeń. Mniej sprawdzania, więcej zaufania. Mniej kontroli, więcej dobrej woli. To jednak wymaga także zmiany mentalności, zarówno po stronie rządzących jak i urzędników. Wygląda na to, że w tej kwestii coś zaczyna się powoli zmieniać. „Powoli” oznacza, że może być szybciej, a szybciej w tym przypadku to lepiej.

Przed nami trudno okres, Polska gospodarka w tym roku skurczy się pierwszy raz od wielu lat. W tym kontekście pojawi się pokusa ze strony władzy, aby przykręcić fiskalną śrubę. Budżet nie jest z gumy, to jasne. Jednak reakcje nie mogą być nerwowe, państwo musi patrzeń i planować dalej niż w perspektywie jednego roku budżetowego. W biznesie nazywa się to strategią, takiej strategii na lata po koronawirusie potrzebujemy jak najszybciej. Prace nad nią warto zacząć już teraz. Zobaczmy, gdzie leżą nasze mocne strony, zdiagnozujmy słabe punkty i oceńmy, co w najbliższym czasie możemy poprawić. Niewykluczone, że obecne bariery staną się szansami, a kryzys punktem zwrotnym na drodze do budowy silnej klasy średniej.

Felieton ukazał się w najnowszym numerze tygodnika “Do Rzeczy”