Jak często tłumaczy publicysta Stanisław Michalkiewicz, od wejścia Polski do Unii Europejskiej, której Niemcy są politycznym kierownikiem, w Polsce i w innych krajach Europy Środkowej realizowany jest niemiecki projekt Mitteleuropa, który gospodarkom tych krajów wyznacza funkcje poślednie: mają być one trwale niezdolne do konkurowania na żadnym polu z gospodarką niemiecką, a jedynie mają pełnić rolę uzupełniającą.

Dla przypomnienia – Mitteleuropa to polityczny program Cesarstwa Niemieckiego z czasów I wojny światowej, w ramach którego Berlin miał zdominować kraje Europy Środkowej i podporządkować państwu niemieckiemu, by mogło ono eksploatować je gospodarczo w celu uzyskania pozycji mocarstwa światowego. Czy ta koncepcja nie przypomina Unii Europejskiej?

Trafnie podsumował ją w Sejmie poseł Konfederacji Dobromir Sośnierz (były eurodeputowany), mówiąc: – Unia jest skonstruowana właśnie w ten sposób, żebyśmy nie mieli tam nic do powiedzenia, żebyśmy byli prowincją, w której zarządców i lokalnych gubernatorów przekupuje się paciorkami. Paciorki te rozdawane są obywatelom, ale koszty całej tej zabawy już się przed tymi obywatelami ukrywa.

Wspólny rynek

Według oficjalnych danych Komisji Europejskiej sprzed roku, w latach 2021-2027 zysk Niemiec z funkcjonowania wspólnego unijnego rynku wyniesie 5,22 proc. PKB, czyli 208,02 mld euro średniorocznie. Na podium krajów członkowskich najwięcej zyskujących na członkostwie są jeszcze Francja (124,42 mld euro) oraz Holandia (84,02 mld euro). Korzyść Polski ma być znacznie mniejsza, bo tylko 43,83 mld euro (choć w porównaniu z Niemcami większa w relacji do PKB – 7,1 proc.). To prawie pięć razy mniej, no ale Niemcy są po pierwsze znacznie większe, a po drugie – znacznie bogatsze.

Inne opracowanie Komisji Europejskiej sygnowane przez Jana in ’t Velda z Dyrekcji Generalnej ds. Gospodarczych i Finansowych pt. „The economic benefits of the EU Single Market in goods and services” podaje, że makroekonomiczne korzyści ze wspólnego rynku dla Niemiec wynoszą 7,9 proc. PKB, a dla Polski – 10,6 proc. PKB.

A jak wygląda druga strona medalu, czyli składki członkowskie? Niemcy, jako największe państwo UE z największą gospodarką, w latach 2021-2027 będą płacić, oczywiście, nominalnie najwyższą składkę w wysokości 32,76 mld euro średniorocznie. Dla porównania Polska – 5,68 mld euro.
Jednak w relacji do PKB poza Holandią (0,83 proc. PKB), Szwecją (0,85 proc. PKB) i Włochami (0,87 proc. PKB) to Niemcy będą płaciły najniższą składkę – 0,88 proc. PKB. Składka Polski w relacji do PKB będzie jedną z wyższych wśród państw członkowskich i sięgnie 0,97 proc. PKB.

Już samo zestawienie składki członkowskiej z korzyściami ze wspólnego rynku wyraźnie pokazuje, że składka jest tak niewielka, iż jej utrata poprzez wpłacenie do budżetu UE ma niewielkie znaczenie gospodarcze. Korzyść ze wspólnego rynku jest znacznie większa.

– Powinniśmy być przebiegli, tak jak Holendrzy czy Niemcy, którzy więcej wpłacają, niż dostają, ale tylko pozornie. Jak niektórzy szacują, z każdego euro wpłaconego do budżetu Unii Europejskiej oni zyskują na tym rachunku ciągnionym około 4 euro, bo otwiera się rynek, przedsiębiorstwa mają większą swobodę eksportowania, współpracy i ten zysk jest wyraźny – tłumaczył w Polskim Radiu 24 prof. Witold Kwaśnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jak widać, polska gospodarka również bardzo zyskuje na dostępie przedsiębiorców do wspólnego rynku, a nie na unijnych dotacjach, jak się powszechnie uważa. Już w 2012 roku Elżbieta Bieńkowska, ówczesna minister rozwoju regionalnego, otwarcie wyjaśniała, kto korzysta na systemie unijnych dotacji:
– Z każdego euro wpłaconego do Polski Niemcy odzyskują 86 eurocentów. Za to z każdego euro wpłaconego przez Niemcy do krajów Grupy Wyszehradzkiej (Polska, Słowacja, Czechy, Węgry – przyp. red.) odzyskują 125 eurocentów, a więc więcej, niż wpłacają. Czyli Niemcy zarabiają nawet na wpłaconej składce!

Nasz zachodni sąsiad mocno zyskuje na relacjach gospodarczych z Polską również dzięki swoim inwestycjom. Około połowa eksportu z Polski realizowana jest przez spółki z kapitałem zagranicznym. Według danych GUS w 2018 roku najwięcej inwestycji zagranicznych w Polsce pochodzi z Holandii (23,2 proc. wszystkich inwestycji zagranicznych w naszym kraju), z Niemiec (16,6 proc.) oraz z Francji (12,8 proc.). Pierwsza pozycja Holandii bardziej wynika z przyjaznego systemu podatkowego tam funkcjonującego niż z rzeczywistych kapitałów z tego kraju.
Rezultat jest taki, że zysk z kapitału szerokim strumieniem płynie ze Wschodu na Zachód.

Ministerstwo Finansów podaje wysokość dochodów uzyskanych w Polsce przez podatników posiadających siedzibę lub zarząd na terytorium innego niż Polska państwa członkowskiego UE z tytułu: dywidend i innych przychodów (dochodów) z tytułu udziału w zyskach osób prawnych, odsetek, opłat licencyjnych, przychodów z tytułu świadczeń: doradczych, księgowych, badania rynku, usług prawnych.

W latach 2005-2018 kwoty powyższych płatności z Polski do Holandii wyniosły 158,04 mld zł, do Niemiec – 143,68 mld zł, a do Francji – 82,45 mld zł. W ten sposób Polacy pracują na zyski Zachodu. Nie chodzi o to, by zablokować inwestycje zagraniczne w Polsce, bo są one dla nas również korzystne, ale problem polega na tym, że przewaga kapitałowa firm zachodnich w stosunku do firm polskich jest druzgocąca i one to wykorzystują, przez co walka konkurencyjna nie jest równa.

Niemiecki lobbing

Głównie Niemcy, ale i inne kraje zachodniej Europy, w relacjach z Polską korzystają również na emigracji naszych rodaków na ich rynek pracy. Z danych GUS wynika, że w 2019 roku z Polski do Niemiec na pobyt czasowy wyjechało 704 tysiące osób, do Wielkiej Brytanii – 678 tysięcy, a do trzeciej w kolejności Holandii – 125 tysięcy osób. To są ludzie, którzy zamiast budować swoją pracą dobrobyt w Polsce, budują go w obcym państwie.

Ale Niemcy zyskują na członkostwie w Unii też w inny sposób. Na przykład dzięki wspólnej walucie. Z zeszłorocznego raportu think tanku Centre for European Policy wynika, że najbardziej na operacji wprowadzenia euro skorzystały właśnie Niemcy. I jest to gigantyczna kwota w wysokości 1893 mld euro w latach 1999-2017 (ok. 100 mld euro rocznie!). Zyskała też Holandia – 346 mld euro, a najwięcej straciły Włochy – aż 4325 mld euro!

W 2018 roku Sigmar Gabriel, ówczesny niemiecki minister spraw zagranicznych, otwarcie przyznawał, że Niemcy są największym beneficjentem funkcjonowania Unii Europejskiej i to zarówno gospodarczo, finansowo, jak i politycznie.
Dlaczego tak się dzieje? Bo Unia Europejska jest tworem, którego celem jest – zgodnie z koncepcją Mitteleuropy – dominacja Berlina, a nie Rzymu, Warszawy czy Pragi, nad Europą.

Niemcy potrafią zadbać o swoje interesy. W ramach eksperymentu warto spojrzeć na członków najważniejszych komisji w Parlamencie Europejskim. Dziwnym trafem w Komisji Handlu Międzynarodowego, w Komisji Rynku Wewnętrznego i Ochrony Konsumentów oraz w Komisji Kontroli Budżetowej przewodniczącymi są europosłowie z Niemiec. W Komisji Rozwoju Niemcy mają dwóch wiceprzewodniczących, a licznie są reprezentowani również w istotnej Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii oraz w Komisji Gospodarczej i Monetarnej. Polaków w tych komisjach jest niewielu, a nawet jak są, to najczęściej dbają nie o interesy polskie, ale „europejskie”, czyli… Berlina.

To jedna strona medalu – ta bardziej widoczna. Druga to lobbing.
– Niemcy uzyskały bardzo dużą przewagę nad całą resztą metodami lobbingu na rzecz swoich interesów przemysłowych, bankowych i medialnych – uważa Michał Marusik, były europoseł z KNP.

Jak pisze francuski polityk Philippe de Villiers w książce pt. „Kiedy opadły maski”: „(…) corocznie na lobbing w Brukseli wydawanych jest od półtora do trzech miliardów euro. Nie ma sektora, który nie byłby poddany lobbingowi: w szczególności dotyczy on przemysłu chemicznego, GAFAM [Google, Apple, Facebook, Amazon, Microsoft] i cyfryzacji, energetyki, rolnictwa, przemysłu farmaceutycznego, telekomunikacji, transportu, ale również LGBT”.
W rezultacie unijne urzędy przyjmują przepisy, których domaga się lobby przemysłowe, a nie są wdrażane regulacje, które sprzyjałyby choćby zdrowiu konsumentów. Na przykład de Villiers podaje, że Europejska Agencja Leków (to ta, która m.in. certyfikuje szczepionkę na koronawirusa) znajduje się w rękach lobbystów działających na rzecz koncernów farmaceutycznych. Tak się w Unii załatwia swoje sprawy.

Cel biznesowy

Janis Warufakis, były minister finansów Grecji przypomniał, że Unia Europejska jest kartelem stworzonym przez oligarchów. Korzenie Unii to przecież Europejska Wspólnota Węgla i Stali, czyli alians przemysłu ciężkiego, producentów aut i elektroniki, a potem także rolników, w celu ustalenia cen. Do tej wewnętrznej zmowy cenowej dorzucono cła importowe, żeby nie rozbiły jej firmy spoza granic kartelu. Z kolei zdaniem Marusika UE służy dwóm celom. Po pierwsze, utrzymaniu zbędnych stanowisk pracy dla tysięcy niepotrzebnych biurokratów i po drugie, realizacji planów przemysłu (głównie niemieckiego) i banksterów.
Regulacje unijne mają po prostu cel biznesowy. Bardzo wiele standardów ustanawianych dla jakichś grup produktów czy usług to standardy, które wyraźnie preferują pewne przedsięwzięcia czy pewne koncerny. Na polskim rynku mówi się na to „ustawiony przetarg”, czyli przetarg, którego warunki podane są w taki sposób, że spełnić je może tylko jedna firma.

Niewątpliwie wielką zaletą UE jest dostęp do wspólnego rynku ponad 400 mln konsumentów. Forum Obywatelskiego Rozwoju tłumaczy, że „większy rynek umożliwia szerszy zakres specjalizacji, a co za tym idzie większą produktywność, co przekłada się na wyższy poziom płac i standard życia obywateli”. Jak pokazują badania Komisji Europejskiej, zyskują na tym gospodarki wszystkich państw. Ale z drugiej strony wraz z kolejnymi regulacjami polegającymi na uprzywilejowywaniu jednych branż w jednym kraju (czy bloku krajów) kosztem branż w innym kraju (czy bloku krajów) te korzyści w bilansie są coraz mniejsze.
Unia Europejska coraz bardziej upodabnia się do tworu o gospodarce centralnie sterowanej, z coraz głębszym interwencjonizmem państwowym, na czym najbardziej zyskują – co pokazały przytoczone liczby – Niemcy. Unia ewidentnie dąży do budowy superpaństwa, a najnowszym dowodem na to są niedawno uzgodnione unijne podatki i wspólne zadłużanie się.

Państwa członkowskie Unii Europejskiej mają sprzeczne interesy. W efekcie problemem jest nie tylko unijny budżet, z którego każdy chce jak najwięcej brać, a jak najmniej wpłacać (mimo że to tylko ok. 1 proc. PKB Unii), ale przede wszystkim znacznie ważniejsza kwestia takiej, a nie innej ingerencji w gospodarkę za pomocą regulacji i całych polityk; takich jak energetyczno-klimatyczna czy dotycząca rolnictwa. Pakiet mobilności, przepisy o delegacji pracowników czy płacy minimalnej ewidentnie zostały skrojone tak, by korzystały na nich kraje tzw. starej Unii, a uderzyły w konkurencyjność biedniejszych gospodarek Europy Środkowej, dla których istniejący wolny rynek w tym zakresie był zdecydowanie lepszym rozwiązaniem.
Niestety na forum unijnym politycy z naszej części kontynentu mają niewiele do powiedzenia i sami nie są w stanie przeciwdziałać budowie Mitteleuropy.