Zeroemisyjna gospodarka, neutralność klimatyczna – to hasła, które po objęciu stanowiska przewodniczącej Komisji Europejskiej przez Ursulę von der Leyen zrobiły medialną karierę, natomiast wciąż chyba nie wiemy, co się za nimi kryje. Co one tak naprawdę oznaczają dla Polski i polskiej gospodarki?
Dotychczas najczęściej w kontekście klimatu rozmawialiśmy o sektorze energetycznym. Przyzwyczajeni jesteśmy do mówienia w potocznym języku o polityce klimatyczno-energetycznej. I właściwie od połowy pierwszej dekady tego wieku temat ten w taki sposób funkcjonuje i tak zaczął być przez nas rozumiany: jako ewolucja systemu energetycznego, zmiana paliw, jakie wykorzystujemy oraz rozwój odnawialnych źródeł energii. Natomiast jeśli chodzi o neutralność klimatyczną, to jako społeczeństwo nie mamy jeszcze rozbudowanej wiedzy na ten temat. Samo to pojęcie, aczkolwiek wcale nie nowe, jest kluczowym elementem polityki Komisji Europejskiej. Ważne jest więc, żebyśmy w Polsce rozpoczęli publiczną dyskusję na temat tego, czym ono jest i jakie może mieć dla nas konsekwencje. Neutralność klimatyczna to sformułowanie, które zostało użyte w Porozumieniu paryskim. Mówi o tym, że w drugiej połowie XXI wieku powinniśmy zrównoważyć emisję gazów cieplarnianych z ich pochłanianiem. Krótko mówiąc, tyle ile będziemy emitować CO2 do atmosfery, tyle samo musimy za pomocą działań zainspirowanych przez człowieka zaabsorbować. Dziś najbardziej popularną metodą pochłaniania CO2 z atmosfery jest zalesianie. Natomiast jeśli chodzi o redukcję emisji, to w tej kwestii otwiera się zupełnie nowy rozdział w stosunku do wcześniejszej dyskusji, która dotyczyła tylko i wyłącznie energetyki. Wpływ na emisję mają bowiem też inne sektory takie jak chociażby transport, przemysł czy sektor rolniczy, który do atmosfery emituje metan. Cała dyskusja więc, dzięki ułożeniu celów neutralności klimatycznej, nabrała bardzo szerokiego wymiaru. O ile wcześniej mówiliśmy o redukcji sektorowej, o tyle teraz trudno inaczej ją nazwać niż ewolucją całego sposobu funkcjonowania współczesnego świata. Dla pewnych krajów będzie ona dużo trudniejsza do przeprowadzenia niż dla pozostałych. Ze względu na historyczne i naturalne uwarunkowania.

Gdzie w tym cały gronie europejskich państw plasuje się pod tym względem Polska?
Wszystkie państwa, które ratyfikowały Porozumienie paryskie – a Polska była jednym z pierwszych, które ten dokument podpisały – zgodziły się, że w drugiej połowie XXI wieku będą dążyć do neutralności klimatycznej. W związku z czym to nie jest wcale nowy cel z punktu widzenia naszego kraju. Wyzwaniem jest dla nas jednak czas realizacji tych założeń. Zgodnie z propozycją przewodniczącej Komisji Europejskiej neutralność klimatyczna w Europie ma być osiągnięta w 2050 roku. Kiedy mówimy o tym ostatecznym terminie, trudno jest uniknąć dyskusji o tym, kto skąd startuje. Jeżeli 75 proc. naszej energii pochodzi z węgla, a w przypadku Francji tyle samo energii pochodzi z zeroemisyjnego źródła, jakim jest energia jądrowa, to trudno powiedzieć, że nasze kraje startują z tego samego pułapu. Tymczasem zamysł jest taki, że do mety dobiec mamy w tym samym momencie. Dlatego Polska postulowała o możliwość dochodzenia do neutralności klimatycznej własnym tempem. I wszystkie kraje członkowskie przyjęły nasze stanowisko ze zrozumieniem.

W Funduszu Sprawiedliwej Transformacji do 2027 roku przewidziana jest kwota 7,5 mld euro. Oczywiście będzie ona lewarowana przez różnego rodzaju wsparcie – kredyty bankowe, politykę spójności itd. Natomiast polski koszt transformacji energetycznej, jak szacowało nieistniejące już Ministerstwo Energii, może wynieść nawet 900 mld euro. Gołym okiem widać, że nas na to nie stać. Kto za to wszystko ma zapłacić?
Niewątpliwie to, co zostało zaproponowane przez Komisję Europejską, czyli mechanizm sprawiedliwej transformacji, jest jednym z pierwszych instrumentów. Ważnym, bo dodatkowym w stosunku do budżetu. Jeżeli dziś mielibyśmy rozmawiać o instrumentach finansowych, jakie będą miały wesprzeć polską ścieżkę transformacji energetycznej, to takim głównym instrumentem będzie oczywiście unijny budżet. Komisja Europejska zaproponowała, by w perspektywie budżetowej na lata 2021–2027, 25 proc. środków przeznaczonych zostało na cele klimatyczne. To będą znaczące kwoty, aczkolwiek co najmniej z dwóch powodów niewystarczające. Po pierwsze nie da się przeprowadzić tak skomplikowanej transformacji, opierając się tylko i wyłącznie o fundusze publiczne. Po drugie, mówimy o perspektywie najbliższych siedmiu lat, podczas gdy cel klimatyczny dotyczy perspektywy 30-letniej. Tyle że dziś stoimy przed pewnym paradoksem – na poziomie Unii Europejskiej nie mamy instrumentów finansowych 30-letnich. I to jest niewątpliwie wyzwanie zarówno dla nas, jak i dla naszych partnerów w Unii. Stąd właśnie po stronie rządu polskiego odpowiedzialna polityka. Od początku mówiliśmy naszym partnerom i niezłomnie stoimy na tym stanowisku, że nasz kraj będzie potrzebował więcej solidarności w drodze do osiągnięcia neutralności klimatycznej. I cieszy nas to, że ze wspomnianego mechanizmu sprawiedliwej transformacji, który łącznie mobilizując środki prywatne i publiczne, dochodzi dla całej wspólnoty do 100 mld euro, do Polski trafi 27 proc. Na 28 krajów członkowskich ponad ¼ tych środków skierowana będzie tylko do naszego kraju. To pokazuje skuteczność i słuszność strategii, którą obraliśmy. Od samego początku mówiliśmy, że jeśli mamy te cele zrealizować, musimy mieć pewność, że będziemy mieli do tego wystarczające środki po stronie finansowej, technologicznej i wykonalności społecznej.

Jak przekonać polskich przedsiębiorców, szczególnie tych, którzy tworzą sektor MŚP, że powinni ponosić dodatkowe koszty, że będą drożej płacić za energię itp., bo państwo musi zrealizować cele klimatyczne narzucone mu przez Komisję Europejską? Czy z punktu widzenia polskiej gospodarki, która przecież wciąż jest na dorobku i goni gospodarki państw zachodniej Europy, ten projekt ma w ogóle sens?
Polityka naszego rządu pod tym względem jest odpowiedzialna. Transformacja musi odbywać się w zgodzie i z uwzględnieniem głosu przedsiębiorców i mieszkańców regionów, na które będzie miała największy wpływ. Doskonale zdajemy sobie też sprawę, że nie możemy zamykać oczu na koszty związane z tym procesem. Stąd w naszych rozmowach z partnerami z Brukseli podnosimy ten aspekt. Musimy wiedzieć, jakie są konsekwencje tej transformacji dla poszczególnych grup zawodowych, w jaki sposób zmienią się poszczególne sektory gospodarki, co będzie z pracownikami sektorów energochłonnych. Pod tym względem Polska jest krajem wyjątkowo pragmatycznym. Oczekujemy konkretnych rozwiązań. Natomiast proszę pamiętać o jednym – i to jest przesłanie zarówno do przedsiębiorców, jak i do wszystkich konsumentów – jeżeli będziemy w stanie mądrze i wystarczająco wcześnie w pewne elementy tej transformacji się zaangażować, to bardzo szybko zmaterializują się również korzyści.

Jakie na przykład?
Choćby elektryfikacja transportu. W dyskusji na temat neutralności klimatycznej musimy wychwytywać nisze, które dla polskich przedsiębiorców będą okazją do otwarcia się na nowe możliwości. Jeżeli zaczniemy zmieniać szereg różnych technologii, to przy okazji będzie zmieniał się pejzaż gospodarki świata. Nowe otoczenie rynkowe to dla nas szansa na rozwój. Polacy już dowiedli, że potrafią współkreować pewne trendy. Mamy zdolnych inżynierów i innowacyjne firmy. Dowodzi tego np. fakt, że Polska jest dzisiaj największym producentem i eksporterem autobusów elektrycznych w Europie.

Jeśli mówimy o klimacie, to mamy na myśli te kwestie w skali globalnej. Unia Europejska odpowiada za mniej więcej 10 proc. światowej emisji CO2. Krótko mówiąc, nie jest największym trucicielem na tej planecie. Nawet więc gdyby tej Unii udało się zrealizować cel neutralności klimatycznej, to w skali globalnej efekt byłby pewnie niezauważalny. Bez Ameryki, Chin czy Indii jest w ogóle sens mówić o tym, że ratujemy planetę? Gra warta jest świeczki?
To, co podnosimy w rozmowach na ten temat w Brukseli, to nierównowaga między produkcją a konsumpcją. Neutralność klimatyczna zdefiniowana została jako ograniczenie produkcji towarów i usług na terytorium Unii Europejskiej, które będą zawierały w sobie gazy cieplarniane. Natomiast nic nie mówi o konsumpcji towarów i usług, które by taki ślad zawierały. W związku z tym, jeśli z takiego kraju jak na przykład Luksemburg wyprowadzimy cały przemysł produkujący towary zawierające szkodliwe gazy, to tenże Luksemburg sensu stricto będzie zeroemisyjny. Natomiast czy to spowoduje, że ludzie w tym kraju przestaną jeździć samochodami albo konsumować importowane towary? Raczej nie. I właśnie na to zwracamy uwagę – na konsekwencje produkcji szkodliwych towarów na innych kontynentach. Po pierwsze, stracimy miejsca pracy. Po drugie, prawdopodobnie doprowadzimy do obniżenia standardów jakościowych i środowiskowych. Krótko mówiąc, możemy spodziewać się tego, że eksport emisji doprowadzi per saldo do wzrostu tej emisji w skali globalnej. Żeby więc osiągnięcie neutralności klimatycznej miało sens, musi być ona osiągana w sposób systemowy, wspólny i współdzielony przez społeczeństwa wszystkich krajów. Nie chodzi o outsourcing, ale o stworzenie zrównoważonego modelu, który zainspirowałby inne państwa do tego stopnia, że zechciałyby się do tego modelu przyłączyć. Niewątpliwie gra toczy się również o pewną globalną supremację gospodarczą. Przez stulecia pod tym względem dominowała Europa, w poprzednim wieku ten paradygmat został złamany, a obecny jest tego kontynuacją. Na obu wybrzeżach Pacyfiku wyrosły centra zdecydowanie silniejsze gospodarczo od Europy. Myślenie o neutralności klimatycznej musi być więc wpasowane w myślenie o globalnej mapie konkurencyjności.

Mamy 1,5 mld ton węgla kamiennego i brunatnego, który nadaje się do wykorzystania przemysłowego. W górnictwie pracuje ok. 100 tys. ludzi. Nie da się pominąć faktu, że węgiel to nasz skarb narodowy, który – jeśli chcielibyśmy na ostro zacząć realizować cele neutralności klimatycznej – musiałby pozostać w ziemi. Co mamy zatem zrobić z tym wielkim skarbem, którym obdarzyła nas natura i który może, a nawet powinien, być źródłem naszej przewagi konkurencyjnej?
Niewątpliwie cała ewolucja systemu elektro-energetycznego będzie dla nas dużym wyzwaniem. Będzie on musiał funkcjonować nie w oparciu o przeciwstawienie się, ale o synergię konwencjonalnego systemu tradycyjnego z zeroemisyjnym systemem opartym o inne zasoby, tj. wiatr, czy energia słoneczna. Z tych zasobów możemy i powinniśmy czerpać lepiej i więcej. Tym bardziej, że koszty takich technologii znacząco spadły. Mam tu na myśli przede wszystkim fotowoltaikę, która jest bardzo ważna z punktu widzenia optymalizacji naszego systemu energetycznego, co wynika m.in. z faktu, że szczyt zapotrzebowania w Polsce na energię przesunął się z zimy na lato. Wcześniej mieliśmy problem z grzaniem, teraz coraz większym wyzwaniem jest chłodzenie. Latem, kiedy mamy pod dostatkiem energii słonecznej, powinniśmy więc zmaksymalizować wykorzystywanie potencjału fotowoltaiki. Mądrość i zdolność prowadzenia ewolucji będzie wymagała synergii i budowania nowego systemu elektro-energetycznego w oparciu o siły systemu tradycyjnego z nowym zeroemisyjnym.

Rozmawiali Krzysztof Budka i Kamil Goral