Popularna wśród amerykańskich neokonserwatystów strategia „regime change” opuszcza przestrzeń stosunków międzynarodowych i wkrada się w codzienne życie, poddając cenzurze publiczne rozmowy – pisze w najnowszym felietonie ks. Jacek Gniadek.

– Wielu ludzi ma pretensje do papieża Franciszka, że do tej pory nie powiedział wprost, że Putin jest odpowiedzialny za wojnę. W mediach czytamy, że papież oblewa najważniejszy egzamin pontyfikatu. Czy Franciszek jest zbyt słaby w określaniu zła jako zła? – pyta franciszkanin Lech Dorobczyński w mediach społecznościowych.

Ja nie mam pretensji do papieża. Może dlatego, że w 2004 r. pojechałem do Liberii do pracy z uchodźcami, a raczej z wewnętrznymi przesiedleńcami. Wojna domowa już się zakończyła i na jesień następnego roku wyznaczono wybory. Początkowo na wojnę domową w tym kraju patrzyłem z perspektywy humanitarnej katastrofy. Zginęło 200 tys. osób. Ponurym symbolem wojny stały się odurzone narkotykami dzieci-żołnierze. Charles Taylor był tym złym, z którym walczyły dobre wojska ONZ. To było widać. Były jeszcze rzeczy, których nie było widać.

Aby zrozumieć genezę wojny w Liberii, zacząłem czytać i analizować historię. Dowiedziałem się, że w połowie lat 80. Taylor, który był wcześniej przez pewien czas asystentem ministra finansów, potajemnie wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Posądzony o sprzeniewierzenie państwowych pieniędzy, został na prośbę władz w Monrowii schwytany i osadzony w areszcie. Oczekując na ekstradycję, uciekł w tajemniczych okolicznościach z więzienia w Bostonie i nielegalnie opuścił Amerykę.

W Liberii byłem też bacznym obserwatorem aktualnych wydarzeń. Na początku 2005 r. na ulicach Monrowii mówiono szeptem, że o rytualnych zabójstwach będziemy słyszeć częściej, im bliżej będą październikowe wybory. Miejscowa gazeta „The Analyst” donosiła o kolejnych rytualnych morderstwach i zamieszczała zdjęcia zamordowanych dzieci z wyciętymi wewnętrznymi narządami.

Obserwatorzy ONZ myśleli o wprowadzeniu demokracji, a liberyjscy politycy bardziej niż pracą nad wyborczymi programami byli zajęci rytualnym kanibalizmem, który – jak wierzyli nie tylko oni, ale także ci, którzy na nich „głosowali” – dawał im nadprzyrodzoną siłę do rządzenia. Władzę cywilną i polityczną od dawna w Liberii podtrzymywały i kontrolowały m.in. tajemne religijne stowarzyszenia zwane Poro i Sande. Obserwator ONZ z Paryża czy Nowego Jorku nie mógł mieć o tym zielonego pojęcia.

Na wojnę na Ukrainie też patrzę z dwóch punktów widzenia: humanitarnej i politycznej. W naszej wspólnocie zakonnej w Warszawie gościmy dwie rodziny z Ukrainy. W Werbistowskim Centrum Migranta Fu Shenfu mamy dodatkowe lekcje polskiego dla ukraińskich uchodźców. A co z perspektywą polityczną?

Porozmawiam o tym z przyjaciółmi przy kawie. Dzisiaj Elon Musk nie może kupić Twittera, ponieważ przywrócenie wolności słowa na tej platformie byłoby zagrożeniem dla demokracji. Poznańska gazeta donosi z żalem, że abp Stanisław Gądecki na rezurekcji mówił o zmartwychwstaniu i tylko jedno zdanie padło na temat wojny na Ukrainie. Papież nie może mówić o pokoju.

Widzę, że popularna wśród amerykańskich neokonserwatystów strategia „regime change” opuszcza przestrzeń stosunków międzynarodowych i wkrada się w nasze codzienne życie, poddając cenzurze publiczne rozmowy. Jeśli tak dalej pójdzie, to o liberalizmie klasycznym będziemy mogli wkrótce poczytać tylko w podręcznikach do historii.

Poprzedni artykułUkraina wystąpiła o sprzęt do elektrowni jądrowych
Następny artykułCo firmy myślą o warunkach do prowadzenia biznesu?