Rozczarowujące statystyki z amerykańskiego rynku pracy wskazują, że pakiety stymulacyjne muszą mieć jakieś granice. Nie można dawać ludziom pieniędzy za nic i oczekiwać, że wrócą do pracy, skoro państwo daje im więcej, niż mogliby zarobić, podejmując zatrudnienie.

stymulacja fiskalna, stimulusy w usa - grafika wpisu

Osoba bez pracy w USA dostaje od rządu „tygodniówkę” w wysokości 300 dol. (około 1150 zł; pieniądze mają być wypłacane do końca sierpnia). Oznacza to, że wielu bezrobotnym bardziej opłaca się siedzieć w domu, niż pracować. Pandemia koronawirusa stała się okazją do wcielania w życie bardzo daleko posuniętych działań fiskalnych i monetarnych. Ich skala przekracza znacznie to, z czym mieliśmy do czynienia podczas kryzysu finansowego z lat 2007–2008. I tu zaczynają się rodzić poważne wątpliwości, czy aby nie przekroczono pewnej granicy.

Jest jasne, że pomoc dla firm i gospodarstw domowych w związku z ostrymi lockdownami była potrzebna. Zamykano przecież całe działy gospodarki i w ten sposób pozbawiono wiele przedsiębiorstw możliwości normalnego zarobkowania. Stąd konieczna była pewna rekompensata za poniesione straty. Przypadek Stanów Zjednoczonych pokazuje jednak, że lekarstwo może być gorsze od choroby. W amerykańskiej gospodarce wciąż jest 7,4 mln wakatów, których nie daje się zapełnić. Dlaczego? Ano dlatego, że osoby wykonujące gorzej płatną pracę nie mają żadnej finansowej motywacji do powrotu na rynek. Skutecznie zniechęca ich do tego hojne rządowe wsparcie. To o tyle niebezpieczne, że mogą one wpaść w spiralę bezrobocia długotrwałego, z którego jest znacznie trudniej wyjść. Im dłużej nie pracujesz, tym mniejsze szanse, że potem szybko znajdziesz zatrudnienie, kiedy rządowe pakiety się skończą.

Bezrobocie w USA. Rozczarowujące dane porażką Bidena?

Tego problemu zdaje się nie dostrzegać obecna amerykańska administracja. Ludzie z nią związani podnoszą, że to nie pieniądze od państwa są problemem, ale zdalna nauka zmuszająca rodziców do pozostawania w domach. W konsekwencji ci, którzy nie mogą pracować zdalnie, niejako zmuszeni są do korzystania z rządowych programów dla bezrobotnych. Póki szkolnictwo nie wróci na 100 proc. do normalności, ten problem będzie istniał. Ta argumentacja nie jest jednak zbyt przekonująca. Znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że zrobiono o jeden, i to bardzo duży, krok za daleko, jeśli chodzi o pompowanie pieniędzy w gospodarkę.

Na sprawę warto spojrzeć szerzej. Obecnie na świecie coraz powszechniej dyskutowana jest kwestia tzw. dochodu podstawowego. Ma on być należny każdemu, bez względu na to, czy pracuje czy nie, i wystarczać na zaspokojenie elementarnych potrzeb życiowych. Pomysł wydaje się absurdalny, a jednak w wielu miejscach jest testowany z zamiarem przyszłego wprowadzenia w życie. Trudno zrozumieć, czemu takie plany mają służyć, zważywszy na to, że konsekwencje finansowe i społeczne ich ewentualnej realizacji, co można stwierdzić bez żadnych testów, będą opłakane.