W nocy z 4 na 5 stycznia 1919 r. doszło do pierwszego w niepodległej Polsce zamachu stanu. Pułkownik Marian Józef Januszajtis-Żegota oraz książę Eustachy Sapieha postanowili siłą obalić rząd Jędrzeja Moraczewskiego. Nieudany zamach mógł mieć tragiczne skutki dla odradzającego się państwa polskiego. Na szczęście dla kraju nie doszło wtedy do bratobójczych walk.

Rząd polski Jędrzeja Moraczewskiego (29.12.1918 r.). Od lewej siedzą: minister spraw wewnętrznych Stanisław Thugutt, Prezydent Ministrów Jędrzej Moraczewski, minister oświaty Ksawery Prauss (cofnięty), Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych Józef Piłsudski, minister sprawiedliwości Leon Supiński, minister spraw zewnętrznych Leon Wasilewski. Od lewej stoją: minister pracy i opieki społecznej Bronisław Ziemięcki, minister poczt i telegrafów Tomasz Arciszewski, minister bez teki Marian Malinowski, minister kultury i sztuk pięknych Medard Downarowicz, minister bez teki Franciszek Wójcik, minister aprowizacji Antoni Minkiewicz, NN (nad Minkiewiczem), minister rolnictwa Błażej Stolarski (w białej sukmanie), minister robót publicznych Józef Pruchnik (nad Stolarskim), minister handlu i przemysłu Jerzy Iwanowski, minister komunikacji Stanisław Stączek, minister bez teki Tomasz Nocznicki.

Do partyjnych swarów pomiędzy stronnictwami prawicy i lewicy doszło już w pierwszych dniach po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Józef Piłsudski planował, by nowo tworzony w Warszawie ośrodek władzy miał szerokie zaplecze polityczne – jednak od intencji do wykonania wiedzie daleka droga. Zadawnione niechęci i wzajemne oskarżenia (jak zwykle) nie wróżyły niczego dobrego. Endecy oskarżali socjalistów o prokomunistyczne sympatie, z kolei socjaliści endeków o to, że zamierzają dbać przede wszystkim o swoje środowisko (właścicieli ziemskich, przedsiębiorców etc.), za nic mając potrzeby najbiedniejszych mieszkańców Polski – robotników i rolników. Co ciekawe, każda ze stron uważała, że tylko ona ma społeczny mandat i prawo do budowy sprawiedliwego rządu reprezentującego rzeczywisty interes narodowy. Jedno było pewne: wspólnego rządu nie będzie.

Ostatecznie po kilku dniach tarć, 17 listopada 1918 r., Józef Piłsudski powołał rząd Jędrzeja Moraczewskiego złożony z socjalistów i ludowców. Intencją Piłsudskiego była chęć uspokojenia burzliwych nastrojów w kraju. Rząd Moraczewskiego wprowadził odważne reformy, które miały ulżyć doli najuboższym. Uchwalił m.in. ośmiogodzinny dzień pracy, ubezpieczenia chorobowe, legalne związki zawodowe i prawo do strajku oraz inspekcje pracy.

Jak się okazało, prawica, a przede wszystkim Narodowa Demokracja, protestowała przeciwko niektórym reform, co spowodowało dalsze napięcia. By uspokoić sytuację, Piłsudski wyznaczył termin przeprowadzenia wyborów parlamentarnych na 26 stycznia 1919 r. Początkowo poza rządem znalazły się środowiska endeckie oraz konserwatywne. Jednak Piłsudski zdecydował się oddać prowadzenie spraw zagranicznych Polski w ręce doświadczonego Romana Dmowskiego i kierowanego przez niego Komitetu Narodowego Polskiego. Takie posunięcie spowodowało zerwanie stosunków dyplomatycznych z Niemcami w grudniu 1918 r., ale Polska i tak zyskiwała lepsze zabezpieczenie swoich interesów na zbliżającej się konferencji pokojowej w Paryżu planowanej na połowę stycznia 1919 r. Części środowisk prawicy i konserwatystów oczywiście i tak nie podobało się, że na czele rządu stoi Moraczewski i nie czekając na przeprowadzenie wyborów parlamentarnych, postanowiła zmienić ten stan rzeczy w drodze… zamachu stanu.

ppłk Januszajtis-Żegota

Do zamachu stanu doszło w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 r. Wtedy to w Warszawskiej Komendzie Miasta pojawił ppłk Marian Januszajtis-Żegota w towarzystwie polityków endecji Jerzego Zdziechowskiego, Tadeusza Dymowskiego oraz Eustachego Sapiehy, którzy weszli w skład tymczasowego rządu, a w budynku komendy zorganizowano na jego siedzibę. Na czele tego rządu miał stanąć Sapieha, a wodzem naczelnym miał być, nieobecny wówczas, gen. Józef Haller.
Ppłk Januszajtis oczywiście poinformował komendanta stolicy o przejęciu władzy, a siedziba nowego rządu (komenda) została obsadzona przez milicję partyjną Narodowej Demokracji, żandarmów oraz tych żołnierzy, którzy popierali zamachowców. Puczyści zablokowali wojskową komunikację telefoniczną oraz udało się im aresztować członków rządu Jędrzeja Moraczewskiego – w tym samego premiera, szefa MSZ Leona Wasilewskiego oraz ministra spraw wewnętrznych Stanisława Thugutta. Januszajtisowi-Żegocie bardzo zależało na aresztowaniu szefa Sztabu Generalnego gen. Stanisława Szeptyckiego, co się jednak nie powiodło.
Jak się wkrótce okazało, zachowanie gen. Szeptyckiego miało kluczowe znaczenie dla dalszych losów puczu. Siły generała – lojalne wobec legalnej władzy – we wczesnych godzinach rannych otoczyły komendę (ratusz) na Placu Saskim (obecnie Piłudskiego), który zajmowali zamachowcy i ich siły. Rozlew bratobójczej krwi wisiał na włosku, jednak na szczęście nikt nie pociągnął za cyngiel.

Eustachy Sapieha

O piątej nad ranem 5 stycznia 1919 r. zamachowcy i ich zwolennicy postanowili się (na szczęście) poddać bez walki. Gen. Szeptycki uwolnił zatrzymanych członków rządu, a puczystów aresztował. Organizatorzy zamachu skompromitowali się, pokazując nie tylko własną słabość i nieudolność, ale również partykularyzm. Piłsudski nie chcąc z zamachowców zrobić męczenników, zdecydował się jedynie na ich ośmieszenie – wszystkich zwymyślał w ostrych słowach i… puścił wolno. Co ciekawe, większość oficerów biorących udział w zamachu pozostała w armii, a Sapieha został nawet ambasadorem RP w Londynie. Najbardziej krewki Januszajtis-Żegota został przeniesiony w stan spoczynku, jednak niebawem i tak wrócił do wojska, odznaczając się odwagą w wojnie polsko-bolszewickiej.

Wkrótce po zamachu Piłsudski zdymisjonował rząd Jędrzeja Moraczewskiego, a misję tworzenia nowego powierzył Ignacemu Paderewskiemu (co ciekawe, Piłsudski spotkał się z Paderewskim tuż przed zamachem – 4 stycznia w Warszawie – i już wtedy zaproponował mu utworzenie nowego rządu koalicyjnego).

Historia o nieudanym (i zapomnianym) zamachu stanu i ludziach, którzy zamiast siły argumentu próbują stosować argument siły, przestrzega nas przed politykami co rusz nawołującymi do protestów i rozwiązań siłowych. Takie działania – tak naprawdę – nie mają zwycięzców.

Poprzedni artykułIle polskich firm zatrudnia Ukraińców?
Następny artykułFacebook ukarany za naruszanie prywatności i targetowane reklamy