Sklepy o obrotach miesięcznych przekraczających 17 mln zł od 1 stycznia 2021 roku muszą płacić podatek handlowy. Tylko przez pierwsze dwa miesiące roku wpłaciły z tego tytułu do budżetu blisko 400 mln zł. To więcej niż zaplanował rząd.

nowy ład podatkowy reset - grafika wpisu
Mateuszgdynia/ Wikimedia Commons

Podatek dla branży handlowej wprowadzony został w 2016 r. Do końca 2020 r. – w związku z nakazem wydanym przez Komisję Europejską (KE) – nie był on jednak pobierany. W maju 2019 r. Sąd Unii Europejskiej orzekł, że podatek od sprzedaży detalicznej nie stanowi pomocy państwa i stwierdził równocześnie nieważność decyzji KE. Komisja odwołała się do Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE). Wyrok był zatem nieprawomocny. Stąd rząd na posiedzeniu 26 listopada 2019 r. zdecydował się na zawieszenie podatku do 1 lipca 2020 r. Później pobór podatku, w związku z COVID-19, został odroczony do końca 2020.

Wyroki unijne korzystne dla rządu

15 października 2020 r. opinię w tej sprawie wydała rzecznik generalna TSUE – Juliane Kokott. Uznała, że polski podatek nie narusza prawa Unii w sprawach pomocy państwa (sygn. C-562/19). Rząd uznał zatem, że nie ma potrzeby dalszego odraczania poboru podatku i 1 stycznia 2021 r. objęte podatkiem handlowym podmioty musiały zacząć go płacić.
16 marca br. zapadł korzystny dla polskiego rządu wyrok TSUE (C-562/19 P). W jego uzasadnieniu TSUE stwierdził m.in., że określanie kształtu systemu podatkowego (w zakresie, w jakim nie podlega on harmonizacji na poziomie UE) stanowi autonomiczne uprawnienie państw członkowskich, a samo ustalenie stawki progresywnej danego podatku – co do zasady – nie musi być uznane za naruszające przepisy unijne dotyczące pomocy publicznej, bowiem samo w sobie nie stanowi selektywnej korzyści przyznanej niektórym przedsiębiorcom.
Tym samym dalsze pobieranie podatku handlowego stało się możliwe.

Podatek nawet przy stratach

Podatek od sprzedaży detalicznej płacą sprzedawcy, którzy osiągnęli w danym miesiącu przychód ze sprzedaży detalicznej przekraczający 17 mln zł. Podstawą opodatkowania jest zatem przychód ze sprzedaży detalicznej, czyli dokonywanej na rzecz osób fizycznych nie prowadzących działalności gospodarczej (w przepisach mówi się o sprzedaży na rzecz konsumenta).
Do przychodu tego zalicza się kwoty otrzymane przez podatnika z tytułu sprzedaży, w tym zaliczki, raty, przedpłaty i zadatki. Nie wlicza się do niego natomiast VAT-u. Uwzględniana jest zatem kwota netto sprzedaży. Co do zasady, przychód ten ustalany jest na podstawie obrotu ewidencjonowanego przy pomocy kasy rejestrującej, ale uwzględnia się także obrót zwolniony z ewidencjonowania.
Do przychodów nie zalicza się wpływów ze sprzedaży takich towarów jak: refundowane leki, energia elektryczna, ciepło systemowe, gaz ziemny, gaz w butlach i paliwa stałe (węgiel, koks).

Fakt, że podatek płacony jest od przychodów, a nie od dochodu sprawia oczywiście, że musi być on zapłacony nawet wtedy, gdy dany podatnik, zamiast uzyskać dochód, poniósł straty.
Podatnikami są sprzedawcy detaliczni, których przepisy definiują jako osoby fizyczne, osoby prawne, spółki cywilne oraz jednostki organizacyjne niemające osobowości prawnej dokonujące sprzedaży detalicznej, a zatem sprzedaży na rzecz konsumentów.

Obecnie podatek ten płaci – jak wynika z informacji udostępnionych przez fiskusa – około 120 podmiotów, przy czym blisko 80 proc. wpłat dokonywanych jest przez 10 największych podatników z tego grona.

Dwie stawki podatku

Podatek pobierany jest według dwóch stawek: 0,8 proc. przychodu (nadwyżka ponad 17 mln zł) oraz 1,4 proc. przychodu (ta stawka ma zastosowanie do nadwyżki ponad 170 mln zł przychodu). W praktyce działa to zatem tak, że podatnik, który osiągnął w styczniu przychody ze sprzedaży na rzecz konsumentów na poziomie 20 mln zł musi zapłacić 24 tys. zł podatku handlowego (20 mln – 17 mln zł = 3 mln zł x 0,8 proc. = 24 tys. zł), natomiast podmiot, który uzyskał 250 mln zł musi zapłacić 1 644 000 zł (200 mln zł – 170 mln zł = 30 mln zł x 1,4 proc. = 420 tys. zł plus 170 mln zł – 17 mln zł = 153 mln zł x 0,8 proc. = 1,224 mln zł; razem 1,644 mln zł). Oczywiście, niezależnie od podatku handlowego jego podatnicy płacą także pozostałe podatki, a zatem np. podatek dochodowy i VAT.

Po przekroczeniu limitu 17 mln zł w danym miesiącu podatnik musi bez wezwania złożyć naczelnikowi urzędu skarbowego deklarację PSD-1 oraz samemu obliczyć i zapłacić podatek. Ma na to czas do 25. dnia kolejnego miesiąca. Biorąc pod uwagę, że podatek zaczął funkcjonować od 1 stycznia tego roku, pierwsza deklaracja i pierwsza wpłata podatku powinna była trafić do fiskusa do 25 lutego i dotyczyć sprzedaży ze stycznia br. Kolejna do 25 marca 2021 r. itd.

2,4 miliarda złotych wpływu?

Z danych udostępnionych przez resort finansów wynika, że w styczniu 2021 r. do budżetu wpłynęło 197 377 427,22 zł z tytułu podatku handlowego (wpłaty dokonało 104 podatników). W lutym kwota zadeklarowana wynosiła 200 738 446 zł (wpłacona przez 120 podatników). Czyli tylko przez pierwsze dwa miesiące roku do kasy państwa wpłynęło ok. 398,1 mln zł. Gdyby taka dynamika wpływów utrzymała się do końca roku, oznaczałoby to wpływy na poziomie blisko 2,4 mld zł, podczas gdy rząd zaplanował jedynie 1,5 mld zł (dla porównania planowane wpływy z PIT to 69 mld zł a z CIT – 37 mld zł).

Biorąc pod uwagę to, co dzieje się ostatnio na rynku, jest to bardzo prawdopodobne. Jak podaje GUS sprzedaż detaliczna w cenach stałych w kwietniu 2021 r. była wyższa niż przed rokiem o 21,1 proc. (wobec spadku o 22,9 proc. w kwietniu 2020 r.). W porównaniu jednak z marcem 2021 r. miał miejsce spadek sprzedaży detalicznej o 7,7 proc. W okresie styczeń-kwiecień 2021 r. sprzedaż wzrosła r/r o 6,4 proc. (wobec spadku o 5,8 proc. w 2020 r.).

Podatek handlowy a inflacja

Trudno natomiast powiedzieć, czy wprowadzenie podatku handlowego miało wpływ – tak jak się tego spodziewano – na ceny w sklepach, które muszą go odprowadzać. Trudno jednak zakładać, by sprzedawcy sfinansowali go z własnych zysków. Szczególnie wobec strat, które handel detaliczny, objęty tą daniną, poniósł w związku z pandemicznymi ograniczeniami. Wpływu, jaki ma to na ceny, trudno jednak będzie się dopatrzyć z uwagi na to, że inflacja przyspieszyła ostatnio dość mocno, a czynników, które mają na to wpływ, jest całkiem sporo.

Inflacja w kwietniu 2021 r. wzrosła do 4,3 proc., była zatem najwyższa od marca 2020 r., kiedy wyniosła 4,6 proc. Tak wysoki wzrost cen był przy tym zaskoczeniem dla analityków, którzy spodziewali się inflacji na poziomie 4 proc. Największy wpływ na wzrost inflacji miały przy tym ceny paliw. Ale zdrożała również żywność i napoje bezalkoholowe. Na wzrost inflacji ma wpływ także otwieranie zamkniętych dotychczas branż, które przez podnoszenie cen starają się zrekompensować sobie pandemiczne straty.