To, co jest korzystne dla pojedynczego beneficjenta unijnych dotacji czy kredytów, niekoniecznie jest korzystne dla państwa jako całości.

Tomasz Cukiernik

Zrzeszająca największe organizacje biznesowe w Polsce Rada Przedsiębiorczości, w skład której wchodzą: ABSL, Business Centre Club, Federacja Przedsiębiorców Polskich, Konfederacja Lewiatan, Krajowa Izba Gospodarcza, Polska Rada Biznesu, Pracodawcy RP, Związek Banków Polskich oraz Związek Rzemiosła Polskiego uważa, że odblokowanie i uruchomienie pieniędzy z Krajowego Planu Odbudowy jest nie tylko koniecznością, ale też polską racją stanu. Dlatego też Rada domaga się od rządu podjęcia takich działań, by środki z KPO trafiły do Polski. Zdaniem Rady pieniądze te pozwoliłyby na zwiększenie poziomu inwestycji.

KPO realizuje unijne cele

Należy zwrócić uwagę, że jest to punkt widzenia przedsiębiorców i jednak nie na tym polega polska racja stanu. Należy to oddzielić, bo cele są rozbieżne. Celem przedsiębiorców jest robienie biznesu i generowanie zysków. Celem polskiej racji stanu powinno być utrzymanie suwerenności wobec podmiotów zagranicznych oraz umożliwienie rozwoju całego państwa, nie tylko gospodarczego. Problem w tym, że przyjmowanie środków finansowych z zagranicy całkowicie kłóci się z postulatem niezależności i suwerenności. Zagraniczne kredyty i dotacje uderzają dokładnie w ten postulat, de facto go obalając. Biorąc pieniądze z zagranicy, tym samym traci się cząstkę własnej suwerenności na rzecz wierzycieli i tych, którzy te pieniądze rozdają. To oczywiste, że dający stawia warunki, co jest widoczne szczególnie teraz, kiedy za uwolnienie pieniędzy z unijnego Funduszu Odbudowy na KPO Bruksela żąda już nie tylko uregulowania tak jak ona chce sprawy Sądu Najwyższego (co nawiasem pisząc, w ogóle nie leży w kompetencjach UE), ale na dodatek wymusiła od naszego kraju zgodę na realizację całego szeregu absurdalnych tzw. kamieni milowych.

Nie ulega wątpliwości, że odblokowanie miliardów euro, czy to w formie dotacji czy kredytów, byłoby jak najbardziej korzystne dla biznesu, bo nie tylko mógłby on być bezpośrednim beneficjentem tych pieniędzy, ale przede wszystkim uzyskałby nowe liczne zlecenia na realizację inwestycji publicznych od jednostek państwowych i samorządowych, co generowałoby firmom dodatkowe zyski. Przedsiębiorcy zarabialiby na szerokim strumieniu pieniędzy publicznych przesyłanych z Brukseli poprzez pośredniczącą w procederze polską biurokrację. De facto firmy realizowałyby unijne polityki, czyli to, czego chcą unijni urzędnicy, a co byłoby przemielone w ostateczną postać przez polską administrację centralną i samorządową w nowe projekty. Bo przecież celem pieniędzy z KPO nie jest realizacja projektów, które Polska i Polacy potrzebują, tylko programów wymyślonych w Brukseli. Chodzi głównie o urzeczywistnienie tzw. zielonej transformacji, czyli unijnej polityki energetyczno-klimatycznej, która już teraz – w związku z wojną na Ukrainie – doprowadziła unijne gospodarki na krawędź katastrofy. To są potrzeby unijne, a nie polskie!

KPO podąża grecką drogą

Nie ulega wątpliwości, że Polska jako kraj potrzebuje inwestycji, ale nie inwestycji publicznych, lecz prywatnych. A to zasadnicza różnica. W czasie naszego członkostwa w UE fundusze unijne spowodowały, że udział inwestycji publicznych w inwestycjach ogółem wzrósł, co stało się kosztem spadku inwestycji prywatnych w Polsce. Niestety KPO oznacza dalszy wzrost inwestycji publicznych, czyli najgorszego typu inwestycji – najdroższych, przepłaconych, nietrafionych, niepotrzebnych i najgorzej realizowanych. Skutkiem mielibyśmy nietrafione i niepotrzebne inwestycje, bo wymyślone przez urzędników, a nie rynkowe inwestycje po to, by przypodobać się konsumentom. To oczywiście oznacza nieoptymalną alokację kapitałów, a tym samym mniejszy od optymalnie możliwego wzrost dobrobytu. Ale co gorsza, cały ten proceder spowodowałby olbrzymie zwiększenie zadłużenia publicznego, co przecież również nie jest zbieżne z polską racją stanu.

W artykule, który został opublikowany w 2011 r. w „Naszym Dzienniku”, napisałem, że „złe są również pomysły ratowania krajów, tak jak w przypadku Grecji, kolejnymi pożyczkami. To krótkoterminowo uspokaja sytuację, ale prowadzi do jeszcze większego zadłużenia”. Dokładnie tak się stało. Otóż w wyniku trzech „programów ratunkowych” dla tego kraju o łącznej wartości 289 mld euro, udzielonych przez Unię Europejską i Międzynarodowy Fundusz Walutowy w latach 2010–2015, Grecja zmaga się teraz z rekordowym zadłużeniem publicznym. Według danych Eurostatu w 2009 r. wynosiło ono 115,1 proc. PKB, podczas gdy w 2021 r. było na rekordowym poziomie 193,3 proc. PKB. Grecja mocno też zbiedniała. Po rozszerzeniach UE o kraje Europy Środkowo-Wschodniej kraj był w połowie stawki w Unii, jeśli chodzi o PKB na osobę. W 2021 r., biorąc pod uwagę PKB na mieszkańca według parytetu siły nabywczej, biedniejsi od Greków byli już tylko Bułgarzy. Czy na tym polega grecka racja stanu?

Dotacje lub suwerenność

„Unia Europejska wykorzystała kryzys pandemiczny do rozszerzenia swoich kompetencji. UE uzyskała własną zdolność kredytową i nowe źródła dochodów własnych w postaci wspólnych podatków. Polski rząd na wszystkie te elementy po pierwsze bezkrytycznie się zgodził, po drugie oszukał Polaków, oficjalnie deklarując inne stanowisko, jednocześnie podejmując bardzo niekorzystne decyzje. Proces federalizacji UE bardzo przyspiesza, a obecny rząd bez żadnego sprzeciwu oddaje władzę Brukseli” – skomentowała w mediach społecznościowych Anna Bryłka, wiceprezes Ruchu Narodowego. Czy na tym polega suwerenność i polska racja stanu? Wolne żarty.

„Polska może dostać fundusze unijne wyłącznie na warunkach Komisji Europejskiej, czyli za cenę kapitulacji i rezygnacji z własnych suwerennych praw” – słusznie napisał w mediach społecznościowych prof. Adam Wielomski. Przeciwko spełnianiu tych tzw. kamieni milowych są już nie tylko politycy Konfederacji i tworzącej rząd Solidarnej Polski, ale nawet europoseł PiS. Prof. Zdzisław Krasnodębski uważa, że Polska powinna zrezygnować z pieniędzy z KPO, a jednocześnie obwieścić Brukseli, że nie będzie realizowała jej celów. Europoseł przyznał na antenie radia Wnet, że za pieniędzmi z KPO idą nieporównywalnie większe kompetencje Brukseli i ocenił, że najprawdopodobniej nawet jeśli Polska spełni obecne unijne wymagania, to i tak pojawią się następne, ponieważ część unijnych urzędników przekracza swoje kompetencje i ingeruje w politykę wewnętrzną państw członkowskich. Jeśli ktoś uważa, że można brać unijne dotacje i kredyty, a jednocześnie być krajem suwerennym, to jest nieskończenie naiwny. Właśnie po to Bruksela wymyśliła dotacje, żeby móc szantażem rządzić krajami członkowskimi. To bardzo prosty mechanizm. I UE wykorzystywała to niejednokrotnie. Choćby w przypadku Węgier, kiedy premier Wiktor Orban nie zgadzał się na przyjęcie nielegalnych imigrantów.

Choć należy podkreślić, że gospodarka ma fundamentalne znaczenie w rozwoju bogactwa kraju i dobrobytu społeczeństwa, to mimo tego faktu to, co jest dobre dla biznesu, czy nawet dla pojedynczego beneficjenta dotacji, niekoniecznie jest dobre dla państwa jako całości, a często jest dokładnie odwrotnie. Dlatego polityka państwa (w tym przypadku KPO) powinna patrzeć na korzyści i straty z jak najszerszego punktu widzenia, biorąc pod uwagę interes i rację stanu, a nie z punktu widzenia Rady Przedsiębiorczości czy też podmiotów otrzymujących unijne dotacje, a tym bardziej kredyty, które trzeba będzie spłacić.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułCzy polskie firmy popierają sankcje?
Następny artykułW polskich sklepach rośnie kradzież żywności