Pieniądze są tu jedynie pretekstem. Spór o tzw. praworządność to tak naprawdę spór o zakres kontroli i władzy Komisji Europejskiej nad rządami państw członkowskich. Media za naszą zachodnią granicą wcale tego nie ukrywają, pisząc o tym otwarcie. To spór o zakres suwerenności i o to, czym w niedalekiej przyszłości Unia Europejska ma się stać. A według brukselskich decydentów i niemieckich przywódców stać ma się państwem federalnym. Pytanie więc jest takie, czy my do takiego państwa chcemy należeć, czy wręcz przeciwnie – wciąż chcemy być obywatelami suwerennej Polski.

Przez lata unijna propaganda wmawiała Polakom, że z Brukseli płyną do nas same dobrodziejstwa w postaci darmowych środków finansowych, pożytecznych regulacji prawnych oraz dostępu do potężnego rynku, dzięki czemu możemy wreszcie poczuć się jak pełnowartościowi Europejczycy. Wiele w tym wszystkim było zwykłego politycznego PR-u. I nie chodzi o to, by teraz przynależność Polski do Unii Europejskiej dyskredytować, ale by chłodno, bez żadnych ideologicznych uprzedzeń i bez wcześniejszych kompleksów spojrzeć prawdzie w oczy i dokonać bilansu zysków i strat.

Nie wierzmy więc w narrację, którą od pewnego czasu bombarduje się polską opinię publiczną, powtarzając jak mantrę, że „Unia chce nam dać tyle pieniędzy, domagając się w zamian jedynie przestrzegania prawa”. To typowa propaganda. Unia nic nam nie daje za darmo. I nie o przestrzeganie prawa jej chodzi.

Bilans netto

Gdybyśmy zadali proste pytanie, czy pod względem gospodarczym Unia nam pomaga, czy szkodzi, bardzo trudno byłoby dziś jednoznacznie na nie odpowiedzieć. Z jednej strony wielkim dobrodziejstwem jest dla polskich firm dostęp do rynku ponad 400 milionów konsumentów i na tym nasza gospodarka od lat bardzo korzysta. Zresztą sam bilans netto, jeśli chodzi o przepływ składek, wynosi dla Polski na plus 130 mld euro (około 600 mld zł po aktualnym kursie). To oczywiście pieniądze nie do pogardzenia i argument, który trudno przeoczyć.

Z drugiej jednak strony to tylko pewien wycinek rzeczywistości. Całą jej resztę bardzo często się pomija, z różnych zresztą względów. Tym bardziej warto zdać sobie sprawę, że to nie polskie, ale zagraniczne firmy od samego początku naszego członkostwa w UE są tego członkostwa największym beneficjentem. Z dużą łatwością zdominowały one polski rynek handlu detalicznego oraz od lat wygrywają kluczowe przetargi publiczne. Ci, którzy na każdym kroku powtarzają, że dzięki funduszom unijnym Polska „rozwija się i jest w budowie”, zapominają dodać, że tę budowę prowadzą z reguły zagraniczne firmy, do których trafia lwia część pieniędzy pozyskanych z UE.

Krótko mówiąc, unijne finanse wracają tam, skąd do nas przyszły. Wystarczy prześledzić dane Eurostatu, by szybko dojść do wniosku, że kluczowym beneficjentem rynku wewnętrznego (i całej strefy euro) są przede wszystkim Niemcy. Wchodząc do Unii, bezwarunkowo otworzyliśmy swój rynek dla silnych zachodnich firm, pozbawiając szans na realną konkurencję wiele polskich przedsiębiorstw. I te zachodnie firmy – czemu trudno się dziwić – bezlitośnie to wykorzystały.

Przyśpieszenie

Być może to przypadek, że kryzys spowodowany pandemią COVID-19 przyspieszył proces przeobrażania się Unii Europejskiej, nie zmienia to jednak faktu, że takie przyspieszenie właśnie nastąpiło. Zresztą jak mawiają mądrzy ludzie – nie ma przypadków, są tylko znaki. Warto więc te znaki umieć odpowiednio odczytywać.

Spór o unijny budżet i tzw. praworządność to idealny pretekst do tego, by zwolennicy federalizacji Unii Europejskiej sprawdzili, jakie nastroje panują w poszczególnych państwach członkowskich, a tym krajom, gdzie jest społeczny opór wobec tego typu rozwiązania, zwyczajnie pogrozili brakiem partycypowania w środkach z kolejnej perspektywy budżetowej i Funduszu Odbudowy. Szczególnie teraz, gdy widmo gospodarczego krachu zajrzało niemal wszystkim państwom członkowskim w oczy. Moment jest więc doskonały. Należało to tylko zgrabnie ubrać w odpowiednie szaty, a praworządność jako hasło nadaje się do tego idealnie.

Efekt jednak jest taki, że z jednej strony znaleźliśmy się w bardzo niebezpiecznym momencie dla przyszłości Unii Europejskiej jako całości, ale jeszcze bardziej niebezpiecznym dla funkcjonowania państw członkowskich, w tym dla naszej niezależności i suwerenności. Jeśli rządy wszystkich państw za fundusze z unijnego budżetu „kupią” narrację dotyczącą praworządności, proces federalizacji jeszcze bardziej przyspieszy. Można być pewnym, że na „przestrzeganiu praworządności” się nie skończy. To tylko wstęp do większej całości.

Co mówią źródła?

By rozumieć „spór o praworządność”, warto sięgnąć do źródeł. A są nimi przede wszystkim traktaty europejskie, stanowiące fundament procesu integracji. Najważniejsze z nich to Traktat o Unii Europejskiej (TUE) oraz Traktat o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej (TFUE). Instytucje Unii Europejskiej działają na podstawie zasady kompetencji powierzonych, która polega na tym, że Unia może być aktywna w tych obszarach, które zostały jej przekazane przez państwa członkowskie w prawie traktatowym. W artykule 5 TUE czytamy: „Zgodnie z zasadą przyznania Unia działa wyłącznie w granicach kompetencji przyznanych jej przez Państwa Członkowskie w Traktatach do osiągnięcia określonych w nich celów. Wszelkie kompetencje nieprzyznane Unii w Traktatach należą do Państw Członkowskich”.

I to w zasadzie powinno zamknąć cały ten spór raz na zawsze. Przepis ten chroni bowiem poszczególne państwa członkowskie przed samowolą unijnych instytucji i decydentów. Oczywistym jest, że zasada ta wpisana została w TUE nie bez przyczyny. Problem polega na tym, że eurokraci od pewnego czasu próbują zanegować ten artykuł metodą faktów dokonanych, wprowadzając kolejne precedensy i licząc na to, że nikt się nie zorientuje. Od lat w Unii obowiązuje przecież doktryna mówiąca, że prawo unijne ma pierwszeństwo przed prawem państw członkowskich, czyli de facto traktaty są ważniejsze niż konstytucje poszczególnych krajów. Już sam ten fakt stawia suwerenność państw członkowskich pod ogromnym znakiem zapytania. I choć z poglądem tym jakiś czas temu rozprawiły się m.in. Federalny Trybunał Konstytucyjny w Karlsruhe oraz nasz Trybunał Konstytucyjny, to jako ripostę mogliśmy od eurokratów usłyszeć jedynie, że w Polsce… łamana jest praworządność. Ma to być oczywiście element politycznego nacisku na nasz rząd.

Termin praworządności pojawia się co prawda w dokumentach europejskich i w traktatach, jest on jednak wymieniany jako jedna z wielu zasad, które powinny obowiązywać. Natomiast w żadnym prawnie wiążącym dokumencie europejskim owa praworządność nigdy nie została zdefiniowana. W rezultacie każde państwo członkowskie taką praworządność ma po prostu inaczej zorganizowaną. I to jest jeden z elementów niezależności tych państw.

Cena praworządności

Teraz jednak eurokraci zamierzają tę praworządność poddać ścisłej kontroli. Jeśli rządy państw członkowskich zgodzą się na wejście w życie tego rozwiązania (pokusą mają być środki z kolejnej unijnej perspektywy budżetowej oraz Funduszu Odbudowy – łącznie ponad 1,75 biliona euro do podziału), ulegną najzwyklejszemu w świecie szantażowi. Praworządność według Komisji Europejskiej miałaby bowiem obejmować nie tylko wymiar sprawiedliwości, nie tylko aspekt finansowy, lecz także kwestie społeczne, polityczne i obyczajowe (np. zgoda na powszechny dostęp do aborcji czy eutanazji, prawo do adopcji dzieci przez pary homoseksualne itp.). W rezultacie KE, czyli ciało polityczne bez legitymacji demokratycznej w powszechnych wyborach, zyskałaby potężne narzędzie nadzoru nad rządami poszczególnych państw. Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, w której KE blokuje środki z unijnych funduszy, czym powoduje paraliż w funkcjonowaniu demokratycznie wybranego rządu w państwie członkowskim. Na skutek tego rząd w takim państwie nie może normalnie funkcjonować ani realizować programów, na które dostał przyzwolenie od większości obywateli. W ten oto sposób tzw. kontrola praworządności ma stać się skutecznym narzędziem narzucania politycznej woli.

Plan alternatywny

I o to tak naprawdę toczy się batalia. Nie o pieniądze, ale o prawo suwerennych państw do samostanowienia.

Tym bardziej warto więc, abstrahując od tego całego sporu, przygotować plan B, który dotyczyć będzie polskiej wizji odbudowy naszej gospodarki, niezależnie od wsparcia w postaci unijnych środków. Należy rozpocząć dyskusję na ten temat bez partyjnego zacietrzewienia i ponad politycznymi podziałami. W pierwszej kolejności należałoby odregulować gospodarkę, uprościć przepisy podatkowe i zastanowić się, jak skutecznie zagospodarować 1,3 bln zł. Tyle bowiem wynoszą dziś oszczędności prywatne Polaków na różnych bankowych kontach i funduszach. Warto, by państwo stworzyło swoim obywatelom możliwość zainwestowania tych środków w krajowe projekty o strategicznym znaczeniu dla regionu, jak budowa CPK, inwestycje dotyczące Trójmorza, czy przekopu Mierzei Wiślanej. Równocześnie rozwijając i wspierając też mniejsze, lokalne inwestycje związane chociażby z budownictwem mieszkaniowym. Dobrym przykładem jest działanie Orlenu w kwestii wykupienia z niemieckich rąk lokalnych polskich mediów. To ruch w kierunku odbudowy naszej własności w obszarach gospodarki, które niestety prawie w całości zostały przejęte przez obcy kapitał.

Jestem przekonany, że w naszym regionie mamy wystarczający potencjał, aby samodzielnie stworzyć nowy „plan Marshalla” dla Europy Środkowo-Wschodniej na trzecią dekadę XXI wieku.  Na pieniądzach z Brukseli świat się nie kończy. Tym bardziej że ceną za te pieniądze może być początek końca naszej niezależności.