Prof. John Mearsheimer wyjaśnia przyczyny konfliktu na Ukrainie, do którego doprowadziły nieodpowiedzialne decyzje i działania państw Zachodu wobec Rosji i Ukrainy.

Tomasz Cukiernik

Wśród zdecydowanej większości polskich polityków i pracowników mediów panuje jednoznaczne i ich zdaniem oczywiste przekonanie, że jedynym odpowiedzialnym i winnym wojny na Ukrainie jest Rosja i jej krwawy dyktator Włodzimierz Putin. Inny pogląd na przyczyny tej wojny nie jest w Polsce popularny. A tymczasem całkowicie odrębne stanowisko w tej sprawie prezentują nie tylko niektórzy politycy Konfederacji, ale również poważni Amerykanie. Jednym z nich jest John J. Mearsheimer, profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Chicago, gdzie został nawet wyróżniony tytułem R. Wendell Harrison Distinguished Service Professor of Political Science. Co głosi prof. Mearsheimer?

W niedawno wydanej w Polsce jego książce pt. Wielkie złudzenie. Liberalne marzenia w rzeczywistość międzynarodowa prof. Mearsheimer przypomina katastrofalne dokonania Waszyngtonu w Afganistanie, Egipcie, Iraku, Libii i Syrii, które „nie tylko nie zdołały ochronić praw człowieka i zaprowadzić (…) liberalnej demokracji, ale także w znacznym stopniu przyczyniły się do wywołania krwawych konfliktów oraz chaosu”. Nie inaczej jest w przypadku Ukrainy. Akademik udowadnia, że odpowiedzialność za ten konflikt „ponoszą głównie Stany Zjednoczone i ich europejscy sojusznicy”, a podstawową przyczyną jest realizacja strategii mającej na celu wyprowadzenie Ukrainy z orbity Rosji i zintegrowanie jej z Zachodem.

Jak opowiada prof. Mearsheimer, strategia ta składa się z trzech powiązanych ze sobą elementów: rozszerzenia NATO, ekspansji Unii Europejskiej i przekształcenia Ukrainy w prozachodnią demokrację liberalną. Omówię je po kolei. Po upadku ZSRR nastąpiły dwie transze rozszerzenia NATO o państwa Europy Środkowo-Wschodniej, co mocno oprotestowywała Moskwa, ponieważ Sojusz Północnoatlantycki zbliżał się do jej granic, ale jeszcze jakoś to przełknęła. Prawdziwe kłopoty zaczęły się dopiero, kiedy na szczycie NATO w Bukareszcie w 2008 r. zaczęto zastanawiać się nad członkostwem w Sojuszu właśnie Ukrainy i Gruzji. Oba te kraje bezpośrednio sąsiadują z Rosją. Rosyjscy przywódcy zaczęli mówić o ogromnym błędzie strategicznym, poważnych konsekwencjach dla bezpieczeństwa europejskiego i bezpośrednim zagrożeniu dla Rosji. Efektem była wojna rosyjsko-gruzińska.

Po zakończeniu zimnej wojny również Unia Europejska rozpoczęła swoją ekspansję na wschód. Nastąpiły cztery transze jej rozszerzenia. A już w 2009 r. Bruksela przedstawiła inicjatywę Partnerstwa Wschodniego, którego celem była integracja gospodarcza Europy Wschodniej (Ukrainy, Białorusi, Mołdowy, Gruzji, Armenii i Azerbejdżanu) z Unią Europejską. Rosja uważa ekspansję Unii na wschód za konia trojańskiego rozszerzenia NATO. Coś w tym jest, bo w 2013 r. Bruksela namawiała władze w Kijowie do podpisania umowy stowarzyszeniowej, która dotyczyła nie tylko spraw gospodarczych, ale miała też wymiar strategiczny (sprawy zagraniczne, bezpieczeństwo). Równocześnie Waszyngton cały czas „inwestował” w Ukrainę. Wiktoria Nuland, asystentka amerykańskiego sekretarza stanu do spraw europejskich i euroazjatyckich, oceniła, że w latach 1991–2013 USA wydały 5 mld dolarów na pomoc Ukrainie. Za pomocą tych pieniędzy Ukraina miała zostać przekształcona w prozachodnią liberalną demokrację. Miało się to ziścić poprzez tzw. pomarańczową rewolucję z 2004 r., a dekadę później Euromajdan.

Zdaniem prof. Mearsheimera kierowana z Zachodu pomarańczowa rewolucja dała prezydentowi Putinowi bezpośredni sygnał do działania, który „dał jasno do zrozumienia, że prędzej zniszczy Ukrainę jako zdolne do funkcjonowania społeczeństwo, niż pozwoli na istnienie zachodniego przyczółka u progu Rosji”. Do Rosji przyłączono Krym, a separatyści zajęli ukraiński Donbas, który od tej pory był trawiony wojną domową. A to dlatego, że opisane działania Zachodu zagrażały kluczowym interesom strategicznym Rosji. Mimo to Zachód nie zamierzał się cofnąć. W rezultacie mamy teraz wojnę na Ukrainie.

To tak jakby na granicy amerykańsko-kanadyjskiej czy amerykańsko-meksykańskiej stacjonowały rosyjskie czołgi. Poważne państwo, a w szczególność państwo mające imperialne ambicje, na coś takiego nigdy by się nie zgodziło. Może się jeden z drugim oburzyć: a gdzie suwerenność państwowa Ukrainy? Gdzie możliwość decydowania Ukraińców o samych sobie? W wywiadzie dla „New Yorkera” prof. Mearsheimer tłumaczy wprost: „Jeśli żyjesz w kraju takim jak Ukraina i twoim sąsiadem jest mocarstwo takie jak Rosja, musisz zwracać baczną uwagę na to, co Rosjanie myślą, ponieważ jeśli weźmiesz kij i wetkniesz im go w oko, nie puszczą tego płazem. Państwa na półkuli zachodniej dobrze to rozumieją w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych”. Zresztą nie tylko państwa na półkuli zachodniej, ale i inne kraje będące w amerykańskiej strefie wpływów. Polska w 1939 r. tego nie rozumiała i z państw mocarstwowych (III Rzesza i ZSRR) zrobiła sobie wrogów na niemal całej granicy (poza południową). Skończyło się to totalną katastrofą.

„Ukraina wiąże się dla Rosji z podstawowymi interesami strategicznymi, w związku z czym dążenia Zachodu do wyrwania Ukrainy z orbity Moskwy i włączenia jej do zachodnich instytucji są absolutnie nie do przyjęcia. Z perspektywy Putina polityka Stanów Zjednoczonych i ich europejskich sojuszników stanowi zagrożenie dla przetrwania Rosji. Ten punkt widzenia każe Rosji podejmować ogromne wysiłki na rzecz uniemożliwienia Ukrainie przyłączenia do Zachodu” – podkreśla prof. John Mearsheimer. To wszystko oczywiście nie zmienia faktu, że z polskiego punktu widzenia najlepiej by było, żeby Rosja właśnie nie przetrwała. Niestety, taki rozwój sytuacji wydaje się mało prawdopodobny, a po drodze pojawia się na dodatek niebezpieczeństwo użycia broni atomowej. No i na wschodniej granicy mielibyśmy banderowskie mocarstwo.

Polityka, w szczególności zagraniczna, to nie zabawa. Politolog dr Bartłomiej Radziejewski w przedmowie do polskiego wydania Wielkiego złudzenia pisze, że prof. Mearsheimer uważa „stosunki międzynarodowe za brutalną grę, której ostateczną stawką jest przetrwanie, a podstawowym priorytetem – akumulacja potęgi”, a „będąc patriotą wielkomocarstwowego narodu dalekiej Ameryki Północnej, można zupełnie inaczej niż polscy patrioci widzieć te same sprawy”.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułPrzedsiębiorca w kryzysie – zaproszenie do udziału w wyjątkowej konferencji
Następny artykułNBP pochwalił się posiadanymi rezerwami