Rządy na całym świecie myślą, że ich interwencje są ratunkiem na każde niespodziewane okoliczności. Nic bardziej mylnego – pisze w najnowszym felietonie Piotr Palutkiewicz.

Narodził się nam nowy mechanizm. Otóż kiedy dochodzi do niespodziewanej sytuacji na rynku, rząd natychmiast, jakoś niespecjalnie prowokowany, biegnie z wiadrem pieniędzy, by rozdać je obywatelom oraz… przedsiębiorcom. Pod koniec września przyjęty został kolejny program pomocowy. Tym razem dla firm, które ponoszą dodatkowe koszty w związku ze znaczącym wzrostem cen energii elektrycznej i gazu. W latach 2022–24 na pomoc branżom energochłonnym przeznaczone zostanie 17,4 mld zł, mniej więcej 2/5 tego, ile kosztuje nas rocznie program 500+.

Przedsiębiorcy i proprzedsiębiorczy eksperci (z którymi się utożsamiam) powinni przyklasnąć. W końcu jest to dodatkowe wsparcie dla firm borykających się z nieprzewidywanymi okolicznościami rynkowymi. Uchroni to setki, jeśli nie tysiące przedsiębiorstw przed upadkiem i ostatecznie ocali miejsca pracy. Nic z tych rzeczy. Program tego rodzaju należy ocenić krytycznie.

Rządy na całym świecie myślą, że ich interwencje są ratunkiem na każde niespodziewane okoliczności. Wielkim przełomem był wybuch epidemii koronawirusa na początku 2020 r. Władze wprowadziły lockdowny, a następnie wydrukowały rekordowe ilości pieniądza bez pokrycia, by przekazać go zamkniętym przez nich firmom. Po kilku kwartałach pieniądz ten rozlał się na rynek i dotarł do konsumentów. Doszło do szoku popytowego, który zaczął podnosić ceny niemal wszystkich produktów i usług. Stąd mamy inflację. Skutkiem wzrostów cen jest tylko częściowo szok podażowy. Ten występuje dziś na rynku nośników energii, windując ich ceny, choć jeszcze rok temu energia drożała właśnie przez szok popytowy, gdy cały świat „rzucił się”, by nadrabiać epidemiczne zaległości w konsumpcji i produkcji. Innymi słowy, to interwencja rządów spowodowała obecne problemy inflacyjne, które rząd chce naprawiać… dalszym dodrukiem pieniądza bez pokrycia.

Tego rodzaju interwencje to drastyczne zakłócenie gry rynkowej. Możliwe oczywiście, że na skutek rosnących cen energii wiele firm mogłoby nie przetrwać. Tak działa arbitraż rynkowy. Te, które nie radzą sobie z szybko zmieniającymi się zasadami – upadają, a na ich miejsce wkraczają nowi pionierzy. Ale możliwe też, że firmy dostosowałyby swoje procesy produkcyjne, tak by konsumować mniej energii, zainwestowałyby w OZE czy po prostu dokonały przejścia do sektorów mniej energochłonnych. Rynek dostosowałby się do sytuacji, popyt na energię zmalał, a ceny po pewnym czasie wróciłyby do normy.

Przy okazji doprowadzamy do dwóch szkodliwych zjawisk w umysłach Polaków. Po pierwsze: przedsiębiorco i konsumencie, nie martw się o nic, jak będzie źle, to rząd przyjdzie ci z pomocą i sypnie grosiwem. Po drugie: rząd dalej uzależnia od swoich „hojnych” decyzji najpierw konsumentów, a teraz przedsiębiorców. Nie byłoby to szkodliwe, gdyby nie robił tego naszymi pieniędzmi. Ktoś powie, że przecież nie naszymi, tylko swoimi świeżo wydrukowanymi. Jednak te drukowane to tym bardziej nasze pieniądze. Napędzą dług, który będziemy musieli spłacić, i zwiększą inflację, która osłabi wartość pieniędzy, które już mamy w kieszeniach. Zatem złote powiedzenie, że rząd nie ma swoich pieniędzy, jest jeszcze bardziej aktualne.

Poprzedni artykułNiemcy opierają się wdrożeniu dyrektywy. Czy będą kary?
Następny artykułRekordowa kwota dla organizacji pożytku publicznego w 2022 r.