Fot. Pixabay

To tekst, który warto przytoczyć w całości:

Ludzkość stoi w obliczu globalnego kryzysu. Być może największego kryzysu naszego pokolenia. Decyzje podejmowane przez obywateli i rządy w nadchodzących tygodniach będą kształtować świat na lata, bowiem będą wpływać nie tylko na systemy opieki zdrowotnej, ale także na gospodarkę, politykę i kulturę. Musimy działać szybko i stanowczo przy jednoczesnym zachowaniu należytej rozwagi. To, jak zachowamy się dzisiaj, będzie miało wpływ na nasze życie w dalszej perspektywie. Dlatego już teraz musimy zadać sobie pytanie nie tylko, jak pokonać bezpośrednie zagrożenie, ale także w jakim świecie chcemy żyć, kiedy już zakończy się pandemia. Warto uświadomić sobie, że ta burza minie, ludzkość przetrwa, a większości z nas przeżyje. Problem jednak w tym, że będziemy musieli odnaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości.

Wiele krótkoterminowych działań podjętych w nagłych wypadkach stanie się integralną częścią naszego życia. Taka jest bowiem natura sytuacji kryzysowych. Przyspieszają one procesy historyczne. Decyzje, które w normalnych warunkach zajmowałyby lata, teraz są podejmowane w ciągu kilku godzin. W pośpiechu wprowadzane są nowe, a nawet niebezpieczne technologie, ponieważ ryzyko braku działania jest większe. Całe kraje działają jak świnki morskie w laboratoriach z tą różnicą, że my uczestniczymy w eksperymentach na światową skalę. Nikt nie jest wstanie przewidzieć, jakie skutki społeczne wywoła tak nagłe przejście na pracę zdalną albo nauka on-line. Przed pandemią rządy, firmy i osoby odpowiedzialne za edukację oraz szkolnictwo wyższe nigdy nie zgodziłyby się na przeprowadzenie takich eksperymentów. Ale to, co się teraz dzieje, to nie są normalne czasy.

Obecnie stoimy na rozstaju dróg. Jako społeczeństwo mamy wybór pomiędzy dwiema skrajnymi ścieżkami. Pierwsza prowadzi do totalitaryzmu i nacjonalistycznej izolacji. Druga do wzmocnienia pozycji obywateli i globalnej solidarności.

Podskórny nadzór

Aby zatrzymać epidemię, cała populacja musi przestrzegać pewnych wytycznych. Istnieją dwa główne sposoby osiągnięcia tego celu. Pierwszy to nieustanna kontrola społeczeństw oraz karanie tych, którzy łamią zasady. Dzisiaj, po raz pierwszy w historii ludzkości, technologia umożliwia monitorowanie całego świata i to przez 24 godziny na dobę. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu KGB nie było w stanie śledzić 240 milionów obywateli Związku Radzieckiego całą dobę ani skutecznie przetwarzać wszystkich zebranych informacji. Dlatego Sowieci musieli korzystać z agentów i analityków, ale najzwyczajniej na świecie nie byli w stanie osiągnąć upragnionego stanu wszechobecnej kontroli. Dzisiaj jednak sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Rządzący nie muszą korzystać z usług szpiegów z krwi i kości. Wystarczy, że użyją znajdujących się na każdym rogu czujników i potężnych algorytmów tworzących przeróżne aplikacje, aby zdobyć to, czego nigdy nie zdobyli komuniści… Czyli kontroli nad masami.

W swojej walce z epidemią koronawirusa kilka rządów wdrożyło już nowe narzędzia nadzoru. Najdalej posunięte w działaniach są Chiny, które w ramach zwalczania wirusa postanowiły wykorzystać telefony swoich obywateli. Używając setek milionów aparatów z funkcją rozpoznawania twarzy, chińskie władze zmusiły ludzi do monitorowania i zgłaszania swojej temperatury właśnie za pomocą telefonu. Dzięki temu władze Państwa Środka są w stanie nie tylko szybko ustalić, kim są potencjalni zakażeni. ale także śledzić ich ruchy i identyfikować tych, którzy mogli mieć z nimi kontakt. Cała gama aplikacji mobilnych wyprodukowana na potrzeby pandemii ostrzega obywateli przed znajdującymi się w pobliżu zainfekowanymi osobami.

Zresztą ten rodzaj walki z koronawirusem już dawno przestał być wymysłem z Dalekiego Wschodu. Premier Izraela Benjamin Netanyahu niedawno zezwolił na wdrożenie przez Generalną Służbę Bezpieczeństwa technologii nadzoru zwykle zarezerwowanej do zwalczania terroryzmu w celu śledzenia pacjentów z koronawirusem. I chociaż parlament nie wyraził zgody na użycie tak daleko idącego środka kontroli, to Netanjahu wprowadził go zapisem w ramach „nadzwyczajnego dekretu”.

Wydawać się może, że rozwiązanie proponowane w ramach walki ze światową pandemią, to tak naprawdę nic nowego. W ostatnich latach przecież rządy i firmy zwróciły się ku coraz bardziej zaawansowanym technologiom do śledzenia, monitorowania i manipulowania ludźmi. Jeśli jednak nie będziemy ostrożni, epidemia może stanowić kamień milowy w historii nadzoru. Nie tylko dlatego, że możliwe jest przyzwolenie na zalegalizowanie instrumentów masowej inwigilacji w krajach, które do tej pory je odrzucały, ale także dlatego, że stanowi drastyczne przejście od nadzoru „naskórkowego” do nadzoru „podskórnego”. Innymi słowy, do tej pory, kiedy dotykaliśmy ekranu telefonu komórkowego i kliknęliśmy na jakiś link, to rząd chciał wiedzieć dokładnie, na co klika nasz palec. Jednak w przypadku koronawirusa fokus został znacząco przesunięty. Obecnie władza chce teraz nie tylko wiedzieć, na co klikamy, ale także poznać temperaturę palca i ciśnienie krwi pod skórą.

Budyń w czasie wyjątkowym

Jednym z problemów, jakie napotykamy w zrozumieniu naszej sytuacji w związku z nadzorem, jest to, że tak naprawdę nikt z nas dokładnie nie wie, w jakim stopniu już jesteśmy monitorowani ani co wydarzy się w nadchodzących latach. Technologia nadzoru rozwija się w zawrotnym tempie, a to, co 10 lat temu wyglądało na science fiction, jest dziś nieaktualne.

Zróbmy eksperyment myślowy. Wyobraź sobie hipotetyczny rząd, który wymaga od wszystkich obywateli noszenia bransoletki biometrycznej do monitorowania temperatury ciała i tętna 24 godziny na dobę. Algorytmy państwowe przechowują i analizują uzyskane dane. A wszystko po to, abyśmy mogli dowiedzieć się, że jesteśmy chorzy, zanim będziemy mieć pierwsze objawy choroby. Co więcej, dzięki tej bransoletce władza będzie widziała gdzie byliśmy i z kim się spotkaliśmy. W ten oto sposób możliwym będzie drastyczne zmniejszenie łańcucha infekcji, a nawet całkowicie zatrzymanie go. Hipotetycznie taki system byłby w stanie zatrzymać epidemię w kilka dni. Cudownie, prawda?

Oczywistym minusem jest zracjonalizowanie wprowadzenia nowego, a zarazem przerażającego systemu nadzoru. Bo jeśli ktoś na przykład zdobędzie wiedzę o tym, że kliknąłem link Fox News zamiast CNN, to bardzo łatwo wywnioskuje o moich poglądach politycznych, a może nawet mojej osobowości. Teraz, jeśli ktoś będzie mógł obserwować, co dzieje się z temperaturą mojego ciała, ciśnieniem krwi i tętnem podczas oglądania pewnych obrazów, to bez trudu dowie się, co mnie rozśmiesza, co sprawia, że ​​płaczę i co tak naprawdę mnie wkurza.

Należy pamiętać, że gniew, radość, nuda i miłość są zjawiskami biologicznymi, takimi jak gorączka i kaszel. Ta sama technologia, która identyfikuje kaszel, może również identyfikować śmiech. Jeśli firmy i rządy zaczną masowo gromadzić dane biometryczne, mogą nas poznać znacznie lepiej niż my sami, a wtedy będą mogli nie tylko przewidzieć nasze uczucia, ale także manipulować i sprzedawać nam to, co chcą i bez znaczenia, czy to będzie produkt, czy polityk. Taki nadzór biometryczny sprawiłby, że taktyki hakerskie Cambridge Analytica wyglądałyby tak, jakby były z epoki kamienia łupanego. Wyobraź sobie Koreę Północną w 2030 r., w sytuacji kiedy wszyscy obywatele zmuszeni są nosić bransoletkę biometryczną 24 godziny na dobę. Jeśli słuchając przemówienia Wielkiego Przywódcy bransoletka wyłapie oznaki gniewu, możemy sobie wyobrazić, co się stanie.

Oczywiście można bronić nadzoru biometrycznego jako środka tymczasowego wykorzystywanego jedynie w stanie stanu wyjątkowego. Środek, który zniknie zaraz po jego zakończeniu. Jednak środki tymczasowe mają nieprzyjemny nawyk utrzymywania się dłużej niż sytuacje awaryjne; przede wszystkim, jeśli na horyzoncie zawsze czai się nowa sytuacja kryzysowa.

Nawet gdy liczba zakażeń koronawirusem spadnie do zera, niektóre żądne władzy i informacji o obywatelach rządy mogą argumentować, że muszą utrzymywać systemy nadzoru biometrycznego, ponieważ obawiają się drugiej fali epidemii lub ponieważ nowy szczep wirusa Ebola rozprzestrzenia się w Afryce Środkowej, lub ponieważ … wiadomo dokąd to zmierza. W ostatnich latach toczyła się wielka batalia o naszą prywatność. Punktem zwrotnym może być kryzys związany z koronawirusem. Kiedy ludzie mają wybór między intymnością a zdrowiem, często wybierają zdrowie.

Mydlana policja

To, co tak naprawdę leży u podstaw problemu, to proszenie ludzi o wybór między intymnością a zdrowiem, bo jest to fałszywy wybór. Możemy i powinniśmy cieszyć się zarówno prywatnością, jak i zdrowiem. Można chronić nasze zdrowie i powstrzymać epidemię koronawirusa bez konieczności ustanawiania totalitarnych reżimów nadzoru, ale to wymaga wzmocnienia zaufania i pozycji obywateli. W ostatnich tygodniach niektóre z najbardziej udanych działań mających na celu powstrzymanie epidemii zostały zorganizowane przez Koreę Południową, Tajwan i Singapur. Mimo że kraje te korzystały z aplikacji śledzących, to jednak o wiele większy nacisk położono na testach, prawdziwych informacjach i dobrowolnej współpracy dobrze poinformowanego społeczeństwa.

Scentralizowany nadzór i surowe kary nie są jedynym sposobem egzekwowania korzystnych w dobie pandemii wytycznych. Gdy fakty naukowe zostaną przekazane ludności, a opinia publiczna wierzy, że ​​informacje przekazywane przez władze publiczne są wiarygodne, to obywatele w przeważającej większości będą postępować właściwie bez potrzeby nadzoru Wielkiego Brata. Samomotywująca i dobrze poinformowana populacja jest często znacznie silniejsza i skuteczniejsza niż populacja kontrolowana i ignorancka.

Rozważmy na przykład mycie rąk mydłem. Był to jeden z największych postępów w historii higieny człowieka. Ten prosty czyn ratuje miliony istnień ludzkich każdego roku. Chociaż uważamy to za coś oczywistego, dopiero w XIX wieku naukowcy odkryli znaczenie mycia rąk mydłem. Wcześniej nawet lekarze i pielęgniarki przechodzili od jednej operacji chirurgicznej do drugiej bez mycia rąk. Dzisiaj miliardy ludzi robią to codziennie, nie dlatego, że boją się mydlanej policji, ale dlatego, że rozumieją fakty. Myję ręce mydłem, ponieważ wiem o wirusach i bakteriach, rozumiem, że te małe organizmy powodują choroby i wiem, że mydło może je zabić.

Jednak, aby osiągnąć taki poziom współpracy, konieczne jest zaufanie. Ludzie muszą ufać nauce, władzom publicznym i mediom. W ostatnich latach nieodpowiedzialni politycy celowo podważyli zaufanie do nauki, władz publicznych i mediów. Teraz ci sami nieodpowiedzialni politycy mogą ulec pokusie pójścia ścieżką autorytaryzmu, argumentując, że nie można ufać i wierzyć, że społeczeństwo będzie zachowywać się w sposób odpowiedzialny.

Prawdą jest, że zaufanie które z stopniowo przez wiele lat uległo erozji, nie może zostać odbudowane z dnia na dzień. Nie są to jednak normalne czasy. W czasach kryzysu umysły mogą się także szybko zmieniać. Widać to dobrze w relacjach rodzinnych. Przez lata możemy nie odzywać się do swojego rodzeństwa, chowając urazy z przeszłości, rozpamiętując stare kłótnie, ale gdy zdarzy się jakiś wypadek, nagle odkrywamy ukrytą rezerwę zaufania, przyjaźni i biegniemy sobie pomagać. Zamiast rozbudowywać system nadzoru, powinniśmy starać się odbudować zaufanie ludzi do nauki, władz publicznych i mediów, bo na to wciąż nie jest za późno. Nie ma wątpliwości, że musimy również korzystać z nowych technologii, ale technologie te powinny wzmocnić pozycję obywateli. Jestem za monitorowaniem temperatury ciała i ciśnienia krwi, ale tych danych nie należy wykorzystywać do tworzenia wszechmogącego rządu. Dane te powinny pozwolić każdemu człowiekowi na podejmowanie bardziej świadomych decyzji, a także spowodować, że rząd będzie bardziej odpowiedzialny swoje decyzje.

Gdybym mógł monitorować swój stan zdrowia 24 godziny na dobę, nie tylko wiedziałbym, czy stałem się zagrożeniem dla zdrowia innych ludzi, ale także jakie zwyczaje wpływają na moje zdrowie. A gdybym mógł uzyskać dostęp do wiarygodnych statystyk dotyczących rozprzestrzeniania się koronawirusa i analizować je, byłbym w stanie ocenić, czy rząd mówi mi prawdę i czy przyjmuje odpowiednie polityki w celu zwalczania epidemii. Ilekroć mówi się o inwigilacji, musimy pamiętać, że ta sama technologia nadzoru może być wykorzystywana nie tylko przez rząd do monitorowania obywateli, ale także przez obywateli do monitorowania rządu.

Dlatego epidemia koronawirusa stanowi ważny test obywatelstwa. W nadchodzących dniach każdy powinien wybierać dane naukowe i opierać swoje osądy na opinii ekspertów w dziedzinie zdrowia, a nie wierzyć w bezpodstawne teorie spiskowe tworzone przez zainteresowanych polityków. Jeśli nie podejmiemy właściwej decyzji, możemy stracić naszą wolności, tkwiąc w przekonaniu, że jej utrata to jedyny sposób na ochronę naszego zdrowia.

Potrzebujemy światowego planu działania

Drugim ważnym wyborem, z którym musimy się zmierzyć, jest izolacja nacjonalistyczna i globalna solidarność. Zarówno sama epidemia, jak i wynikający z niej kryzys gospodarczy to problemy globalne. Można je skutecznie rozwiązać tylko poprzez globalną współpracę.

Po pierwsze, aby pokonać wirusa, musimy przede wszystkim udostępniać informacje na całym świecie. Jest to wielka przewaga ludzi nad wirusami. Koronawirus w Chinach i koronawirus w Stanach Zjednoczonych nie mogą wymieniać porad dotyczących zarażania ludzi. Jednak Chiny mogą przekazać USA cenną wiedzę na temat koronawirusów i sposobu ich leczenia. To, co włoski lekarz odkrywa w Mediolanie z samego rana, może uratować życie w Teheranie po południu. Kiedy rząd Wielkiej Brytanii waha się między różnymi rozwiązaniami, aby podjąć właściwą decyzję może skorzystać z porady od Koreańczyków, którzy już miesiąc temu mieli do czynienia z podobnym dylematem. Aby tak się stało, potrzebujemy ducha globalnej współpracy i zaufania.

Kraje muszą chętnie udostępniać informacje i robić to w sposób otwarty i pokorny, szukając porad oraz mieć zaufanie do otrzymywanych danych i pomysłów. Potrzebujemy również ogólnoświatowych wysiłków w zakresie produkcji i dystrybucji sprzętu medycznego; przede wszystkim testów i respiratorów. Zamiast każdego kraju próbującego działać lokalnie i kupując cały sprzęt, jaki tylko może zgromadzić, to skoordynowany globalny wysiłek może znacznie przyspieszyć produkcję sprzętu ratującego życie i zapewnić jego sprawiedliwszą redystrybucję. Tak jak kraje znacjonalizowały kluczowe sektory podczas wojny, tak i wojna człowieka z koronawirusem wymaga od nas nie „znacjonalizowania” ale „humanizowania” kluczowych łańcuchów produkcji. Bogaty kraj z niewielką liczbą zainfekowanych przypadków powinien być gotów wysłać cenny sprzęt do biedniejszego kraju z wieloma przypadkami. Takie działanie jest możliwe tylko wtedy, gdy bogaty kraj dzielący się swoimi zasobami będzie przekonany, że w sytuacji, kiedy będzie potrzebował pomocy później, inne kraje mu ją zapewnią.

Rozważmy podobny światowy wysiłek w celu zebrania personelu medycznego. Kraje najmniej dotknięte w dzisiejszych czasach mogłyby wysyłać personel medyczny do najbardziej dotkniętych regionów świata, aby pomóc im w potrzebie i zdobyć cenne doświadczenie. Późniejsza zmiana centrum epidemii spowoduje przepływ personelu w przeciwnym kierunku.

Globalna współpraca jest niezbędna również w dziedzinie gospodarczej. Biorąc pod uwagę globalny charakter gospodarki i łańcuchów dostaw, jeżeli każdy rząd będzie działał samodzielnie, ignorując pozostałe, rezultatem będzie chaos i pogłębiający się kryzys. Potrzebujemy globalnego planu działania i potrzebujemy go niezwłocznie.

Kolejnym wymogiem jest osiągnięcie globalnego porozumienia w sprawie podróżowania. Wstrzymywanie międzynarodowego transportu na miesiące powoduje ogromne trudności i spowalnia wojnę z koronawirusem. Kraje muszą współpracować, aby umożliwić przynajmniej niewielkiej grupie niezbędnych osób na dalsze przekraczanie granic. Chodzi o naukowców, lekarzy, dziennikarzy, polityków, biznesmenów. Można to osiągnąć poprzez globalne porozumienie w sprawie wstępnego wyboru podróżnych w kraju pochodzenia. Jeśli tylko starannie wyselekcjonowani osoby zostaną wpuszczone do samolotu, tym chętniej przyjmą ich w kraju docelowym.

Niestety, kraje nie podejmują dziś żadnych z tych środków. Zbiorowy paraliż ogarnął społeczność międzynarodową. Odwołanie nadzwyczajnego spotkania światowych liderów w celu ustalenia wspólnego planu działania było czymś pożądanym wiele tygodni temu. Dopiero w połowie marca przywódcom G-7 udało się zorganizować wideokonferencję, która okazała się bezowocna.

W trakcie poprzednich globalnych kryzysów (takich jak kryzys gospodarczy w 2008 r. i epidemia eboli w 2014 r.) Stany Zjednoczone przyjęły rolę światowego lidera. Jednak obecny rząd USA zrezygnował z tej funkcji, tłumacząc, że zabezpieczenie Stanów Zjednoczonych ma dla niego znacznie większe znaczenie niż przyszłość ludzkości.

Obecna amerykańska administracja porzuciła nawet swoich najbliższych sojuszników. Najpierw wprowadzając niezapowiedziany i z nikim nieskonsultowany zakaz podróżowania do Unii Europejskiej. Potem kiedy światło dzienne ujrzała informacja, jakoby amerykańskie władze oferowały 1 miliard dolarów niemieckiej firmie farmaceutycznej na zakup praw do monopolu na nową szczepionkę przeciw kowowidowi-19. Nawet gdyby obecny rząd USA zmienił kurs i przedstawił globalny plan działania, to i tak niewielu podążyłoby za liderem, który nigdy nie bierze odpowiedzialności, nigdy nie przyznaje się do błędów i który za swoje niepowodzenia wini innych.

Jeśli próżnia pozostawiona przez Stany Zjednoczone nie zostanie wypełniona przez inne kraje, nie tylko trudniej będzie powstrzymać obecną epidemię, ale jej skutki będą zatruwać stosunki międzynarodowe w nadchodzących latach. Jednak każdy kryzys jest także szansą. Miejmy nadzieję, że obecna epidemia przyczyni się do uświadomienia ludzkości poważnego niebezpieczeństwa, jakie stanowi globalny brak jedności.

Musimy podjąć decyzję. Czy pójdziemy ścieżką braku jedności, czy pójdziemy ścieżką światowej solidarności? Wybór braku jedności nie tylko przedłuży kryzys, ale prawdopodobnie doprowadzi do jeszcze gorszych katastrof w przyszłości. Wybór globalnej solidarności będzie nie tylko zwycięstwem przeciwko koronawirusowi, ale także przeciwko wszelkim przyszłym kryzysom i epidemiom, które mogą trapić ludzkość w XXI wieku.

AG/lavanguardia