Fot. Sylwia Super/Twitter

W Parlamencie Europejskim odbywa się dziś debata, której celem jest nałożenie specjalnego podatku na producentów mięsa. Podatek ten miałby stanowić rekompensatę, jaką rolnicy zajmujący się utrzymaniem żywego inwentarza winni są – zdaniem pomysłodawców projektu – społeczeństwu z powodu rzekomo degradującego wpływu, jaki na środowisko ma produkcja zwierzęca.

Mowa tu o niebagatelnych sumach. W myśl projektowanych przepisów cena wołowiny miałaby do 2030 roku wzrosnąć o około 20 zł/kg, cena wieprzowiny o 15 zł/kg, a cena drobiu o około 7,30 zł/kg. To kilkudziesięcioprocentowy wzrost względem każdej z wymienionych kategorii.

Zdaniem pomysłodawców zmiany miałyby przynieść unijnemu budżetowi dodatkowe 32 mld EUR rocznie, które miałyby zostać spożytkowane między innymi na dofinansowanie rynku owoców i warzyw, dostosowanie technologiczne w kontekście zmian klimatycznych państw rozwijających się czy ochronę bioróżnorodności.

Twarzą kampanii stała się polska europosłanka Sylwia Spurek, która do Parlamentu Europejskiego dostała się z list Wiosny Roberta Biedronia. Znana jest ona przede wszystkim jako zwolenniczka liberalizacji prawa aborcyjnego, otwierania granic dla muzułmańskich imigrantów, propagatorka ideologii LGBT, wegetarianka oraz – co wiąże się z ostatnim z punktów – skrajna przeciwniczka rolnictwa związanego z chowem i hodowlą zwierząt.

Motorem napędowym i autorem inicjatywy jest organizacja TAPPC, która w obiegowych informacjach, które rozlały się w ostatnich dniach w publikacjach prasowych, określana jest jako koalicja „wiodących organizacji rolniczych, zdrowotnych i ekologicznych”. Nic bardziej mylnego. Na próżno szukać wśród członków porozumienia pierwszego z nich, czyli „wiodących organizacji rolniczych”. Bez trudu znajdziemy tam natomiast przedstawicieli ruchów wegańskich, aktywistów klimatycznych, czy stowarzyszenia sprzeciwiające się produkcji zwierzęcej. Niemal wszyscy członkowie koalicji reprezentują też kraje Europy Zachodniej. Samo TAPPC kryje się też za skrótową nazwą, która w całej okazałości brzmi The True Animal Protein Price Coalition. Jest to zatem kolejny ruch prozwierzęcy, który próbuje zmieniać europejskie rolnictwo. Zmieniać bez pomysłu.

Aktywiści popierający ideę wprowadzenia dodatkowej daniny za spożywanie mięsa w swoich wypowiedziach w mediach społecznościowych nie ukrywają, że celem nadrzędnym tej i podobnych inicjatyw jest wyrugowanie mięsa z diety człowieka. Spożywanie produktów odzwierzęcych jest indywidualną decyzją każdego z nas i jak na razie – analizując wybory konsumentów – ich spożycie rokrocznie wzrasta.

Załóżmy jednak hipotetyczną sytuację i obłóżmy wymienione gatunki mięsa proponowanymi przez aktywistów cenami. Jedna z nadrzędnych zasad ekonomii mówi, że rynek nie zna próżni. Unia Europejska jest jednym z wiodących producentów mięsa na świecie, ale nie jedynym. Wyprzedzają nas zarówno Chiny jak i choćby USA, czy Brazylia. Wszystkie wymienione rolnicze mocarstwa od lat prowadzą politykę opartą na eksportowej ekspansji, zaopatrując wciąż nowe rynki w mięso krajowej produkcji. W ostatnich latach do najważniejszych graczy na światowym rynku mięsa takich jak brazylijski BRF, czy amerykański Tyson Food dołączył ukraiński hegemon – firma MHP.

Obłożenie europejskiego mięsa podatkiem przełożyłoby się – w początkowej fazie – na zmniejszenie produkcji na Starym Kontynencie, a na późniejszym etapie na lawinowy wzrost importu taniego mięsa z rynków pozaunijnych. Europa zostałaby zalana wołowiną, wieprzowiną i drobiem z Ukrainy, Brazylii, USA, Chin, Wietnamu i innych gigantycznych eksporterów tych towarów. Jest to sytuacja, której potwierdzenie znajdujemy choćby w obecnych problemach na chińskim rynku wieprzowiny. Luki powstałe w wyniku szalejącej w Państwie Środka epidemii afrykańskiego pomoru świń zostały zapełnione zwiększeniem importu mięsa głównie z wymienionych już kierunków, choć także z Polski.

W sytuacji, do której doprowadzić chce TAPPC, europejskim rolnikom nie opłacałoby się hodować zwierząt w celach gospodarskich, gdyż ceny mięsa spowodowałyby zanik zainteresowania nim ze strony dotychczasowych konsumentów. Na wołowinę, wieprzowinę czy drób mogliby pozwolić sobie tylko Europejczycy o najbardziej zasobnych portfelach. Mięso stałoby się zatem towarem luksusowym – podobnie jak przywołane wcześniej noszenie brody w carskiej Rosji. Gdy tylko rozpocząłby się napływ mięsa z krajów pozaunijnych, sytuacja wróciłaby – z punktu widzenia konsumenta – do relatywnej normy. Mięso wprawdzie byłoby nieco droższe, gdyż do jego obecnej ceny doliczyć należałoby koszty transportu, ale byłoby ono dostępne. Pochodziłoby jednak z hodowli w Stanach Zjednoczonych, Brazylii czy Chinach. Upadłyby europejskie gospodarstwa utrzymujące zwierzęta, a także część sektora upraw, gdyż większość roślin uprawianych w Unii Europejskiej stanowi paszę dla zwierząt gospodarskich. Wzrosłoby bezrobocie, które szczególne znaczenie zyskałoby w krajach o najwyższym udziale rolnictwa w PKB – takich jak Polska. Mięso importowane z Chin czy Ameryki Południowej – jak pokazują badania Komisji Europejskiej – częstokroć nie spełnia także unijnych norm jakościowych oraz dobrostanowych. Oba te czynniki były jednymi z głównych powodów, przez które wyhamowało procedowanie skrajnie niekorzystnej dla unijnych rolników umowy handlowej na linii UE-Mercosur.

Proponowane rozwiązania w ogromnej mierze dotknęłyby polskich rolników, którzy są unijnymi liderami w produkcji i eksporcie drobiu oraz jednymi z najważniejszych graczy na rynkach wieprzowiny oraz wołowiny. To jednak nie pierwszy raz, kiedy zagraniczne organizacje próbują w ten sposób wpłynąć na kształt polskiej produkcji rolnej. To także nie pierwszy raz, gdy organizacje te czynią to rękoma polskich polityków – takich jak Sylwia Spurek.

Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że znaczna część nadwyżek żywności produkowanej w Europie wysyłana zostaje do najbardziej potrzebujących krajów świata, niejednokrotnie ratując głodujących tam ludzi przed śmiercią. Jak wynika z opracowań FAO zaledwie 1/3 powierzchni gruntów na świecie może być wykorzystana pod uprawy. Biorąc pod uwagę procesy degradacyjne wywołane nadmiernym użytkowaniem gleby, ta powierzchnia z roku na rok stawałaby się mniejsza, gdybyśmy w całości wykorzystali ją do wyżywienia światowej populacji.

Ideologia, której postulaty starają się zaimplementować autorzy projektu, mogłaby doprowadzić do nieporównywalnego z wcześniejszymi załamania europejskiego i światowego systemu gospodarczego, bankructw, uzależnienia Europy od importowanej żywności niewiadomego pochodzenia i rzeszy innych negatywnych następstw. Pozostaje nam zaufać rozsądkowi polityków, którzy – miejmy nadzieję – nie będą patrzeć na europejską gospodarkę krótkowzrocznie.

Obarczanie rolników winą za rzekomą degradację klimatu doprowadziło już do masowych protestów w Niemczech, Holandii, Belgii czy Francji. Niemałym sukcesem Sylwii Spurek byłoby doprowadzenie do paralelnej sytuacji także w naszym kraju w przededniu wyborów prezydenckich, w których wielkie szanse na reelekcję ma obecny prezydent Andrzej Duda – tak krytykowany przez lewicową posłankę.

Autor jest Dyrektorem Instytutu Gospodarki Rolnej