Po raz kolejny potwierdziło się, że nasz redaktor, którego biografię miałem przyjemność napisać, nie jest osobą lubianą na salonach. Czy wkrótce felietony i książki Stanisława Michalkiewicza, bo o nim mowa, zostaną całkowicie zakazane?

Tomasz Cukiernik

To nie pierwsza tego rodzaju sytuacja. Właściwie ostatnio redaktor Michalkiewicz coraz częściej spotyka się z blokowaniem mu możliwości spotkań z czytelnikami. Przez niemal rok jeździliśmy razem z redaktorem po całej Polsce w ramach promocji jego biografii mojego autorstwa. Spotkań było kilkadziesiąt. Sytuacja, kiedy w ostatniej chwili odmawiano wynajętej znacznie wcześniej, a często i opłaconej sali, miała miejsce wielokrotnie. Mającego pogodne usposobienie Michalkiewicza już to nie ruszało. Brał to „na klatę” i ze spokojem. Organizatorzy zawsze na szybko znajdywali jakieś zastępcze miejsce, ale była to zwykle mniejsza sala i w rejonach oddalonych od centrum.

Rzeszów, Bydgoszcz, Warszawa…

W kwietniu br. w Solidarności Rzeszowskiej w ostatnim momencie „pękła rura”. Organizatorowi spotkania z redaktorem Stanisławem Michalkiewiczem i ze mną odmówiono sali. W rezultacie odbyło się ono na przedmieściach Rzeszowa w Domu Rekolekcyjnym im. bł. Karoliny Kózkówny. Dwa miesiące później w ostatnim momencie rezerwacji sali odmówił Dom Jubileuszowy „Wiatrak” w Bydgoszczy. Zostało ono przeniesione do kinoteatru Adria. Z kolei na przełomie lipca i sierpnia w ostatniej chwili odmówił wynajęcia sali wydawnictwu Capital Dom Literatury w Warszawie. Mimo że wynajem został potwierdzony, a faktura opłacona. Miała się tam odbyć promocja dwóch książek: „A więc wojna” posła Grzegorza Brauna oraz „Między ostrzami szermierzy. Kulisy wojny na Ukrainie” redaktora Stanisława Michalkiewicza.

Raban podniósł związany z „Gazetą Wyborczą” publicysta Cezary Łazarewicz, któremu było „strasznie przykro, że w Domu Literatury mają się spotkać faszyści, antysemici i ruskie onuce”. Wulgarnie dodał w mediach społecznościowych: „Niech Braun ze swoimi brunatnymi kolegami spotyka się w rynsztoku, albo w kiblu na dworcu centralnym. Tam jest ich miejsce, a nie w Domu Literatury. Pomóżcie ich stamtąd wyrzucić”. Dom Literatury stanął na wysokości zadania i w zgodzie z rewolucyjną czujnością zareagował na ten donos. Opowiada Jarosław Kornaś z wydawnictwa Capital:

– Ze względu na sytuację polityczną w Polsce i przyjęcie jednostronnej narracji przez polski rząd i media głównego nurtu na temat wojny na Ukrainie wiedzieliśmy, że książki, które mają być prezentowane, mogą się spotkać z negatywnym oddźwiękiem. Jeżeli ktoś powątpiewa w ten oficjalny przekaz, to jest nazywany ruskim agentem. Patrząc na to, że blokowane są strony internetowe, choć teoretycznie mamy wolność słowa i każdy może mieć swoje zdanie, zgłosiliśmy się do Korony Grzegorza Brauna z prośbą o pomoc w organizacji spotkania. Korona miała podpisaną umowę na cztery spotkania w Domu Literatury. Jedno spotkanie już było. To miało być drugie. Mieliśmy też opcję innych miejsc, ale tam nie chcieliśmy ryzykować, bo nie mieliśmy umów. Zgłosiliśmy rezerwację na konkretny dzień i godzinę. Została ona przyjęta i potwierdzona przez Dom Literatury. Wystawiono fakturę proformę za wynajem, która została przez nas opłacona. Po burzy medialnej wywołanej przez jednego z redaktorów „Gazety Wyborczej” dowiedzieliśmy się, że spotkanie nie odbędzie się. Tytuł w „Gazecie Wyborczej” brzmiał, że pisarze protestują, mimo że pojawiło się nazwisko tylko jednego literata – Łazarewicza. Domem Literatury zarządza fundacja, w skład której wchodzi PEN Club, Związek Literatów Polskich i Stowarzyszenie Pisarzy Polskich. Prezes PEN Clubu powiedział, że oczywiście to spotkanie nie odbędzie się. Dzień po tej awanturze Dom Literatury odpisał nam, że w tym dniu i o tej godzinie jest inna impreza jednego z organów tworzących fundację i ona ma pierwszeństwo w rezerwacji. Dzień wcześniej nie było problemu.

Ostatecznie wydawnictwo Capital zorganizowało zgromadzenie publiczne, które zostało zgłoszone w urzędzie miasta. Samo spotkanie odbyło się w siedzibie Federacji Związków Zawodowych Metalowców i Hutników w Polsce. Jednak miejsce to zostało ogłoszone dopiero na manifestacji, ponieważ organizatorzy obawiali się, że znowu będą donosy i nie zostaną wpuszczeni. Dlatego też frekwencja była niższa, niż się można było spodziewać bez bojkotu Domu Literatury.

Kto tu jest faszystą?

– Sytuacja jest kuriozalna, ponieważ była rezerwacja, która była zatwierdzona i opłacona. Argument był taki, że nikt im nie powiedział, co tam będzie. Po pierwsze, nikt nie pytał. Po drugie, nie znam takich praktyk, żeby ktoś się pytał, co tam będzie. Jak widać, wpływy „Gazety Wyborczej” są dość duże i można zakazywać komuś organizowania spotkań. Gdyby Dom Literatury na początku odmówił, to ok, ale tu mamy do czynienia z sytuacją, kiedy redakcja „Gazety Wyborczej” decyduje, kto może wynajmować salę. Zwłaszcza że język, który został użyty przez redaktora Łazarewicza, jest językiem haniebnym. Jest językiem, który był używany przez narodowych socjalistów, ponieważ wrzuca się nas do rynsztoka. A przypominam, że właśnie Żydów z chodnika wyrzucano na rynsztok. Mechanizm wykluczania, jaki został zastosowany i oskarżanie nas o brunatność, o faszyzm, to właśnie faszyzm i narodowy socjalizm. Pan redaktor Łazarewicz jest zwykłym totalniakiem – komentuje Kornaś.

„Poglądy Brauna, Michalkiewicza i Roli są dla mnie skandaliczne i boleję, że ktokolwiek je podziela, ale… Jeżeli chcemy żyć w wolnym, demokratyczny państwie, to bez względu na to, czy czyjeś poglądy, które nie są zabronione prawem, nam się podobają czy nie, mogą być głoszone. W związku z tym, odwoływanie spotkania, jeżeli następuje wyłącznie ze względu na poglądy, jest niedopuszczalne. Tym bardziej, że najwyraźniej wynajęcie sali było dogadane. Jeżeli oczekujemy wolności wypowiedzi dla siebie, szanujmy czyjąś” – słusznie napisał na FB internauta Piotr Jedliński. I skoro nie chce się komuś wynajmować sali, to po co zawiera się z nim umowę? Żeby robić ferment? Może to taka taktyka tolerancyjnego inaczej lewactwa, by w ten sposób uderzać w przeciwników ideologicznych?

Kornaś przypomina też podobną sytuację sprzed kilku lat w Krakowie, która jednak skończyła się inaczej. Na spotkanie ze Stanisławem Michalkiewiczem została wynajęta sala w „Sokole”. W ostatnim momencie wypowiedziano wydawnictwu umowę oficjalnie ze względu na to, że straż pożarna nie zgodziła się na taką dużą imprezę. Udało się znaleźć salę w hotelu Wienna. Do tej lokalizacji też były podchody „Gazety Wyborczej”. Donos poszedł do centrali hotelu, a centrala zadała jedno pytanie: czy faktura została zapłacona. Ponieważ została zapłacona, nie było powodu na zrywanie umowy.

Bolszewicka tradycja donosicielstwa

Jeszcze kilka lat temu dyskryminacja za poglądy była całkowitym ewenementem. Takie naruszenia wolności słowa i wypowiedzi w Polsce zdarzały się bardzo rzadko. Niestety jak wiele innych złych rzeczy, moda ta przyszła do nas ze zgniłego Zachodu. Kilka lat temu redaktor Michalkiewicz, Rafał Ziemkiewicz i ówczesny europoseł Janusz Korwin-Mikke doświadczyli tego w Wielkiej Brytanii. To był szok dla większości opinii publicznej, kiedy w słynących z wolności Wysp Brytyjskich blokowano ich wolność wypowiedzi. Niestety to już przeszłość. Zamordyzm jest tam coraz większy. Podobnie w Polsce. W lipcu umowę na wynajęcie sali na spotkanie ze Sławomirem Mentzenem z Konfederacji zerwał Nocny Targ Towarzyski z Poznania, argumentując to… poglądami polityka. Z kolei nie tak dawno YouTube zablokował nawet nagranie, na którym Michalkiewicz czytał… wiersz poety i satyryka Janusza Szpotańskiego.

Czy ci dyżurni tolerancjoniści z „Gazety Wyborczej” i okolic uważają, że tolerancja polega na nietolerowaniu innych poglądów niż ich? Gdzie podziała się debata na tematy polityczne i filozoficzne, która jest obecna w przestrzeni publicznej od starożytności? Spacerując ulicami starożytnych Aten, Sokrates zaczepiał przechodniów, wciągał ich do rozmowy i doprowadzał do poznania prawdy. Podobne w starożytnym Rzymie otwarcie dyskutowano o sprawach publicznych. Jak widać, ta tradycja obca jest funkcjonariuszom „Gazety Wyborczej” i okolic, a wolą stosować mające bolszewicką tradycję donosicielstwo.

Sama biografia Stanisława Michalkiewicza została przez redakcję „Gazety Wyborczej” ode mnie wyłudzona pod pretekstem ewentualnego napisania recenzji. Po wysłaniu książki nastąpiła głucha cisza – nie tylko nie pojawiła się recenzja, ale i nie było reakcji na wysyłane maile w tej sprawie. Redaktor Michalkiewicz spekulował, że tak długo zastanawiają się, co napisać w recenzji. Ja sądzę, że chcieli przeczytać książkę, by doczepić się do jakiegoś szczegółu, a nic takiego nie znaleźli – stąd cisza. Czytajmy artykuły i książki Michalkiewicza. Dopóki jeszcze wolno.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułUnia Europejska odbierze Czechom 4 mln euro dotacji. Sprawdź, dlaczego
Następny artykułCo czeka polski biznes kosmiczny?