Fot. Pixabay

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej stało się faktem. Po trwającej ponad trzy lata telenoweli Londyn pożegnał się ostatecznie ze Wspólnotą, pokazując, że taka opcja też wchodzi w grę. Dotąd bowiem mało kto brał pod uwagę możliwość opuszczenia tej organizacji przez państwo członkowskie. Unia miała być pewnego rodzaju urzeczywistnieniem kresu historii, o jakim pisał swego czasu Francis Fukuyama. Marzeniem eurokratów jest zresztą postępująca integracja prowadząca finalnie do powołania superpaństwa, owych wymarzonych Stanów Zjednoczonych Europy, w których poszczególne kraje byłyby jedynie regionami z pewną dozą autonomii. Jednak najważniejsze decyzje zapadać by miały w brukselskiej centrali, parlamenty krajowe miałby zaś za zadanie tylko wcielać je w życie, podobna rola przypadłaby rządom i sądownictwu owych państw – regionów.

Brytyjczykom rola unijnej prowincji do gustu nie przypadła. Wybrali swoją drogę. Zapewne na salonach w Brukseli czy Strasburgu panuje teraz nerwowa atmosfera. Co bowiem, jeśli okaże się, że jest życie po Unii? Co, jeśli Zjednoczone Królestwo, zamiast popaść w gospodarczy marazm, zacznie rozkwitać, podpisując już samodzielnie korzystne umowy z takimi partnerami jak Stany Zjednoczone? Swego czasu podobny lęk zablokował wyjście Grecji ze strefy euro. Gdyby Grecy bez euro nagle zaczęli sobie znacznie lepiej radzić, trzeba by było przyznać, że cały ten projekt zwyczajnie nie miał sensu. Dlatego dołożono wszelkich starań, aby Hellady z eurolandu nie wypuścić.

Czy jednak w Unii ktoś na poważnie zadaje sobie pytanie, dlaczego druga gospodarka Europy opuszcza Wspólnotę? Czy została podjęta i poważnie przepracowana sprawa przyczyn tego, co się stało? Wydaje się, że nie. Samozadowolenie unijnych dygnitarzy kłuje w oczy, oni nie mają sobie kompletnie nic do zarzucenia. Nie dostrzegają przeregulowania gospodarki, tego potoku przepisów produkowanych przez wspólnotowe instytucje. Nie widzą problemu, jeśli chodzi o ciągłe ingerowanie w wewnętrzne sprawy państw członkowskich, nie przeszkadzają im coraz bardziej kuriozalne orzeczenia unijnego Trybunału, który z lakonicznych traktatowych sformułowań wyprowadza poszerzające swoje kompetencje orzeczenia. Ostatnio dość powiedział hiszpański sąd najwyższy, nie zgadzając się z TSUE ws. uwolnienia separatystycznego polityka.

Także w Polsce mamy próbkę teg,o na coś stać Trybunał w Luksemburgu, do którego co jakiś czas trafiają kierowane na nasz kraj przez Komisję Europejską Skargi. Owo nękanie zaczyna zwyczajnie powszednieć i przestaje odnosić swój skutek, daje jednocześnie do myślenia o tym, jaką organizacją jest obecnie Unia. Pierwotnym celem integracji europejskiej była współpraca gospodarcza, budowanie trwałych fundamentów wzrostu dających dobrobyt i bezpieczeństwo. Obecnie w Unii snute są brednie o zielonym ładzie, a parlament europejski wypluwa z siebie rezolucje na takie tematy jak edukacja seksualna w Polsce.

Tymczasem współpraca gospodarcza na Starym Kontynencie wciąż ma sens, tylko że jej fundamentem muszą być suwerenne państwa narodowe. To one decydować powinny o kierunkach współpracy, mając w pierwszym rzędzie na uwadze zachowanie swojej odrębności i kulturowego dziedzictwa. To sprawa na tyle ważne, że warto, aby głos w temacie zabrali także kandydaci w nadchodzących wyborach prezydenckich. Jakiej Unii chcą, czy zależy im na totalnej integracji, w której roztopić ma się narodowa tożsamość czy popierają kierunek znany jako Europa Ojczyzn, w którym kraje członkowskie koncentrują się na współpracy ekonomicznej.