Bruksela przyzwyczaiła już nas, że twór, jakim jest Unia Europejska tworzą kraje równe i równiejsze, zaś pojęcie europejskiej solidarności jest względne.

neelam279/Pixabay

Wojna na Ukrainie i wynikająca z niej inflacja wywołały u eurokratów głębokie zaniepokojenie. Mimo iż zachodni przywódcy potępili rosyjski atak i wyrazili swoją solidarność z narodem ukraińskim, aby pięknym deklaracjom Berlina i Paryża towarzyszyły również czyny, potrzebne były międzynarodowe naciski. Tymczasem wystarczyła tylko groźba naruszenia interesów gospodarczych Niemiec, by Unia zaczęła działać próbując wprowadzić tak zwany mechanizm dzielenia się gazem. Mimo zapewnień płynących ze strony Brukseli o dobrowolności zaproponowanych rozwiązań, nikt w nie nie wierzy.

Wszystko za sprawą użytego w wypracowanym rozporządzeniu odwołania do art. 122 ust. 1 Traktatu o funkcjonowaniu Unii Europejskiej, który umożliwia wprowadzenie przymusu dzielenia się „w szczególności w przypadku wystąpienia poważnych trudności w zaopatrzeniu w niektóre produkty, zwłaszcza w obszarze energii”. Innymi słowy, odwołanie się do wskazanej regulacji pozwoli tylnymi drzwiami wprowadzić mechanizm solidarnościowy, a więc przymus dzielenia się gazem. Jak zauważył wiceminister sprawiedliwości Sebastian Kaleta w rozmowie z Polską Agencją Prasową: „zawarty w art. 122 ust 1 Traktatu mechanizm solidarnościowy jest sposobem na uniemożliwienie weta przez kraje UE [w tym Polsce]”.

Jeszcze przed zeszłotygodniowym szczytem Komisji Europejskiej w sprawie redukcji zużycia gazu największe dzienniki w Grecji, Hiszpanii i Portugalii zalała fala artykułów zarzucających Unii utożsamianie interesów Niemiec z interesami wszystkich Europejczyków. Publicyści z południa Europy przypomnieli, że w trakcie kryzysu w 2008 r. to właśnie Niemcy najbardziej sprzeciwiały się udzielaniu pomocy gospodarkom „żyjącym ponad stan”. Tymczasem to Niemcy wykazali się nie tylko niefrasobliwością, ale przede wszystkim nieuczciwością wobec pozostałych krajów UE, przez lata budując super uprzemysłowioną gospodarkę opartą na sprzedaży Europejczykom technologii i produktów finansowanych ze sztucznie taniego gazu i strefy euro szytej pod niemieckie dyktando.

Front południowy mówi „nie”

Ekonomiczne konsekwencje konfliktu na Ukrainie rozciągają się poza terytorium okupowane przez Rosję. Kryzys energetyczny wywołany przez Władimira Putina zaczął dzielić Europę, pogłębiając przepaść między Północą a Południem. Groźby Kremla odcięcia dostaw gazu spowodowały, że Unia zaczęła opracowywać strategię oszczędzania energii. Plan Brukseli zakłada, że wszystkie kraje europejskie zacisną pasa i zaoszczędzą 15 proc. gazu. A wszystko w imię solidarności z Niemcami.

Decyzja unijnych ministrów energii spotkała się z ostrym sprzeciwem społeczeństw z południa Europy, które wciąż pamiętają wprowadzony przez niemiecką prasę skrót PIGS (Portugal, Italy, Greece, Spain) na określenie państw najmocniej dotkniętych kryzysem finansowym w 2008 r. W kontekście europejskiej solidarności, hiszpańskie gazety publikują niemieckie komiksy, w których Hiszpania, Portugalia, Grecja i Włochy były przedstawiane jako świnie (PIGS), które jadły dzięki wsparciu Niemiec i które przez Niemców powinny być nauczone dyscypliny. Drwinki przełożyły się na stereotyp, że ludzie z południa Europy są leniwi, niepunktualni i niezdyscyplinowani, czyli dokładnie tacy, jak przedstawiano ich na różnych okładkach z tamtych czasów. To jeden z cierni tkwiących w krajach południa, które do dziś uwierają. „W przeciwieństwie do innych krajów, my Hiszpanie nie żyliśmy ponad stan, z energetycznego punktu widzenia” – powiedziała na szczycie Komisji Europejskiej, hiszpańska minister ds. polityki energetycznej Teresa Ribera, odnosząc się do traktowania Hiszpanii w czasie kryzysu.

Zdaniem frontu południowego (do którego należy również Polska) za uzależnienie Europy od dostaw rosyjskiego gazu winić można ostatnie rządy Niemiec, Holandii czy Danii. Te same rządy (z Niemcami na czele) w imię chwalebnej idei dekarbonizacji Unii Europejskiej, podjęły się demontażu części systemu produkcji energii elektrycznej w Europie, która obecnie mogłaby pełnić funkcję wytwarzania zapasowego. Zdaniem Południa transformacja energetyczna odbywała się bez względu na koszty społeczno-gospodarcze, zaś zamykaniu kopalń nie towarzyszył rozwój technologiczny umożliwiający magazynowanie energii ze źródeł odnawialnych, takich jak wiatr i słońce.

Czy ogrzewanie stanie się w Niemczech dobrem luksusowym?

Wiele osób w Niemczech zaczyna otrzymywać listy informujące o podwyżkach cen energii. Firmy przerzucają rosnące koszty gazu na swoich klientów, z których ponad połowa wykorzystuje to paliwo do ogrzewania domów. Od końca ubiegłego roku ceny wzrosły niemal dwukrotnie, nic więc dziwnego że wielu Niemców może mieć trudności z opłaceniem rachunków.

Dla przykładu firma energetyczna Vattenfall pobiera od nowych klientów w Berlinie 0,25 euro za kilowatogodzinę, ale to nie koniec. Od 1 października koszty znów wzrosną. Odbiorcy gazu będą musieli zapłacić „stawkę solidarnościową” w wysokości 0,05 euro za kilowatogodzinę. Pieniądze mają wesprzeć importerów gazu dotkniętych rosyjskimi cięciami, którzy muszą kupować droższy gaz gdzie indziej. W Niemczech przeciętne czteroosobowe gospodarstwo domowe w mieszkaniu o powierzchni 100 metrów kwadratowych zużywa około 18 000 kilowatogodzin energii rocznie. W zeszłym roku płacili za to 1080 euro (1099 dolarów). Przy obecnych cenach taka konsumpcja kosztowałaby teraz 3240 euro.

Co gorsza, znalezienie tańszej alternatywy dla ogrzewania gazowego jest wręcz niemożliwe. Przede wszystkim brakuje materiałów, takich jak pompy ciepła zasilane energią elektryczną. Wyczerpują się zapasy drewna opałowego, przenośnych grzejników i grzejników elektrycznych. Nawet jeśli te alternatywy są używane, technicy ostrzegają, że zasilacze nie są przystosowane do dużego dodatkowego zapotrzebowania na tego typu urządzenia, a lokalne sieci mogą być przeciążone w zimne dni.

O ile w krajach południowej Europy może przejść narracja o konieczności odwdzięczenia się za pomoc w trakcie kryzysu z 2008 r., o tyle Polska nie ma żadnych powodów, aby solidaryzować się z Niemcami, które nieustannie atakują nasz kraj w Parlamencie Europejskim. Mówienie o solidarności i konieczności zjednoczenia dla wspólnego dobra przez państwo, które przez lata bogaciło się kosztem europejskich sąsiadów i finansowało reżim Putina, to nic innego jak właśnie zaprzeczenie idei solidaryzmu.

Poprzedni artykułPolski przemysł najgorszy na świecie?
Następny artykułPolacy wierzą w oszczędzanie