Przejście do gospodarki o niskiej lub zerowej emisji – cel wyznaczony przez Brukselę na rok 2050 – ma wysoką cenę, zwłaszcza w krajach takich jak Niemcy, w których przemysł odgrywa główną rolę. Niemieckie przedsiębiorstwa mogą sobie z tym poradzić – właśnie dostały ogromne wsparcie finansowe.

Pixource/Pixabay

Aby wesprzeć pierwszą gospodarkę Starego Kontynentu Komisja Europejska dała przyzwolenie na przyznanie do 2030 r. aż 27 500 mln euro pomocy niemieckim firmom intensywnie korzystającym z energii elektrycznej. Dotacje mają pokryć m.in. koszty wywołane handlem uprawnieniami do emisji CO2. Celem udzielonego wsparcia jest zapobieżenie sytuacji, w której ekotransformacja (której Europa ma być światowym liderem) stałaby się ciężarem powodującym „przenoszenie produkcji do krajów spoza Unii Europejskiej, o mniej ambitnej polityce klimatycznej”.

Kiedy mowa o kosztach zielonej rewolucji, unijni urzędnicy podają zawrotne kwoty. Komisarz ds. gospodarki Paolo Gentiloni zwykle wylicza je na pół miliarda euro rocznie. Kroki, takie jak decyzja Departamentu Konkurencji Komisji Europejskiej w zakresie udzielenia pomocy niemieckim firmom, pomagają zrozumieć przyczynę tych bajońskich sum.

Inwazja na Ukrainę wymusza zmniejszenie uzależnienia od paliw kopalnych i nie tylko przyspiesza transformację energetyczną, ale także czyni ją znacznie droższą. Wojna, sankcje gospodarcze, represje wobec reżimu Władimira Putina i wzrost cen paliw nakładają się na zmianę strukturalną, jaką jest zielona rewolucja i wywołują burzę w krajach takich jak Niemcy. Planem Berlina na czas transformacji było poleganie na (tanim) rosyjskim gazie, o czym świadczy budowa Nord Stream II. Problem jednak w tym, że plan ten wraz z wybuchem wojny został wysadzony w powietrze.

Pozytywna dla Niemiec decyzja wydana przez departament kierowany przez komisarz Magrethe Vestager, dała zielone światło dla analogicznych pomocy przedsiębiorcom w Holandii (835 mln euro) i Finlandii (687 mln euro). Kwota wsparcia, jakiej może udzielić niemiecki rząd, to nie jedyne wyróżnienie. Niemiecki plan, przewidziany na okres od 2021 do 2030 r., sfinansuje do 75 proc. kosztów pośrednich spowodowanych prawami do emisji (wzrost cen energii spowodowany tym mechanizmem) – a nawet więcej, jeśli zajdą pewne wyjątkowe okoliczności. Firmy chcące skorzystać ze wsparcia muszą spełnić szereg warunków, takich jak np. pokrycie w co najmniej 30 proc. zużycia energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych.
Uzasadnienie podane przez duńską komisarz we wszystkich trzech przypadkach jest zbieżne: „Promujemy gospodarkę bez emisji dwutlenku węgla w sposób, który nie obciąża jej rentowności […] przy jednoczesnej ochronie jednolitego rynku”.

Wypowiedź Vestager stanowi syntezę dokumentu, który Komisja zatwierdziła we wrześniu 2020 r. Przed wybuchem wojny, kiedy ceny energii zaczęły rosnąć, kraje UE w dużym stopniu uzależnione od paliw kopalnych powodujących dużą emisję dwutlenku węgla, często obwiniały mechanizm uprawnień do emisji o przyczynę wzrostu cen. Polska, Węgry czy Czechy zgłaszały wiele zastrzeżeń do tego mechanizmu, który zasadniczo polega na wartościowaniu szkód, jakie zużycie np. węgla może wyrządzić środowisku. Innymi słowy, aby móc wyemitować zanieczyszczenie, dany kraj musi wykupić do tego prawo. Co więcej, istnieje rynek, na którym te zezwolenia są kupowane i sprzedawane. Wszystko to, logicznie rzecz biorąc, powoduje, że procesy produkcyjne stają się droższe i w efekcie negatywnie wpływają na konkurencyjność europejskich firm.

Aby walczyć z globalnym ociepleniem Komisja Europejska wyznaczyła pod koniec 2019 r. cel, zgodnie z którym kraje UE do 2030 r. powinny zredukować emisje CO2 o 55 proc. w porównaniu z emisjami z 1990 r. We wrześniu 2020 r. Komisja przyjęła rozwiązanie pozwalające na przyznanie pomocy publicznej przedsiębiorstwom w celu złagodzenia kosztów tej ekorewolucji. Problemy firm nie kończą się jednak na planach powstrzymania zmian klimatycznych. Wojna na Ukrainie znacząco poszerzyła listę trudności, z jakimi muszą się zmierzyć unijni przedsiębiorcy.

Zdaniem ekspertów gigantyczny plan pomocowy przewidziany przez niemiecki rząd i zaakceptowany przez Komisję, będzie miał istotne konsekwencje dla całej strefy euro. Słabość europejskiego giganta oznacza dalszą deprecjację wspólnej waluty, która jest już praktycznie na równi z dolarem. Słaby kurs euro oznacza większe koszty za energię, a to z kolei oznacza wyższą inflację i większą presję na wzrost stóp procentowych. Wszystko to może podważyć harmonogram przywracania reguł fiskalnych przez Brukselę.

Poprzedni artykułJak wygląda polski eksport?
Następny artykułTak się przepala pieniądze na naukę