Fot. Pixabay

Czym innym jest jednak zwyczajne sianie paniki, połączone z biciem politycznej piany. Mieliśmy już z taką sytuacją do czynienia na początku rządów Zjednoczonej Prawicy, wszystko miało się zawalić. Pamiętacie Państwo prognozy 100-miliardowego deficytu czy realizacji tzw. greckiego scenariusza? Teraz historia zdaje się powtarzać. Polska jest krajem z jednym z najlepszych wzrostów PKB w Unii, ostatnio dołączyliśmy do grona państw, które uplasowały na rynku swój dług z ujemnym oprocentowaniem, Ministerstwo Finansów konsekwentnie poprawia strukturę polskiego długu, mimo hojnych programów społecznych budżet ma się znakomicie. Ale okazuje się, że to nie ma żadnego znaczenia dla opozycji i permanentnych ekonomicznych malkontentów. Wielu z nich zarządzało już gospodarką, o skutkach tego zarządzania może lepiej nie pisać. Teraz jednak chętnie krytykują i punktują obecny rząd. A to wzrost nie taki, a to wydatki zbyt rozbuchane, a to inflacja za wysoka itp. itd. Nie chodzi o to, aby na sytuację gospodarczą nie zwracać uwagi i nie krytykować tego, co trzeba skrytykować.

Obecnie jednak nie mamy do czynienia z polemiką o charakterze czysto ekonomicznym, chodzi o atak motywowany przede wszystkim czynnikami politycznymi, głównie zaś niechęcią do obecnej władzy. Można nawet odnieść wrażenie, że trwa nerwowe wyczekiwanie, aż w końcu PiS się potknie i coś pójdzie nie tak. Podejmowane są próby, aby ten proces przyspieszyć, stąd ludzi straszy się szalejącą inflacją, mówi o tym, że to dopiero początek, że niebawem wpadniemy w sidła stagflacji (nikły wzrost połączony z wysoką inflacją). To wszystko czai się tuż za rogiem, jeszcze parę miesięcy i się zacznie. Znamy ten przekaz znakomicie.

Co ciekawe, mówią to przeważnie ci sami ludzie, którzy straszyli załamaniem finansów publicznych po 2015 roku w myśl logiki, że „pieniędzy nie ma i nie będzie” i jak wskazywał inny klasyk nie da się przecież owych pieniędzy wykopać spod ziemi. Nie można ulegać temu szaleństwu, ci którzy rozsiewają panikę, wiedzą, że nikt ich nie pociągnie do odpowiedzialności za słowo, pozbawiając nimbu eksperckości. Bez względu na to, co powiedzą będą funkcjonować na rynku opinii i powielać swoje mądrości, a wielu z uwagą będzie tego słuchać. Odpowiedzią powinna być rzeczowa ekonomiczna analiza bieżącej sytuacji polskiej gospodarki oraz jej perspektyw na nadchodzące lata. Szalejąca inflacja nam nie grozi – przynajmniej nie z przyczyn, które obecnie można badać i o których wiemy.

Polska jest jedną z bardziej stabilnych gospodarek w Unii i wiele wskazuje na to, że ta sytuacją się utrzyma w mogącej podlegać poważnej analizie przyszłości. Aby ten wzrost miał charakter trwały, konieczne są pewne zmiany i korekty w polityce gospodarczej, ale nie spowodowane popłochem czy paniką, tylko uczciwą oceną sytuacji. Rozruszać trzeba inwestycje, konieczne są zmiany w systemie podatkowym stymulujące firmy do większych nakładów na badania i rozwój oraz nowoczesne środki trwałe. Dyskutujmy o tym, przedstawiajmy konkretne pomysły i nie straszmy ludzi!