7 lutego minęło dokładnie 30 lat od podpisania Traktatu o Unii Europejskiej, bardziej znanego jako Traktat z Maastricht. Od trzech dekad trwa zaklinanie rzeczywistości i prowadzona jest w Europie polityka podwójnych standardów. A przecież miało być tak pięknie…

czarna księga barier mr - grafika wpisu

Traktat z Maastricht wszedł w życie 1 listopada 1993 r. Nie było już Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Na jej miejsce powstała Unia Europejska. Koordynacja polityk społecznych, ochrona przed nielegalną imigracją, konsolidacja i wzmacnianie demokracji i rządów prawa w krajach członkowskich – to tylko niektóre z założeń Unii. I chociaż mogłoby się wydawać, że traktat ten nie wprowadził nic nowego w stosunku do poprzednich trzech filarów Wspólnoty, to jednak zmian było tak dużo, że dla państw sygnatariuszy wyznaczono okres przejściowy, tak by w miarę bezboleśnie dostosować się do nowych zasad i ograniczeń nałożonych przez ten dokument. Pierwotna wersja Traktatu o Unii Europejskiej nie była ostateczna – akt ten był wielokrotnie zmieniany w Amsterdamie, Nicei i Lizbonie. Pomimo wielu nowelizacji wyznacza on początek bytu znanego jako Unia Europejska.

Oficjalną ideą traktatu było zapewnienie pokoju na Starym Kontynencie poprzez wszelkiego rodzaju integrację: ekonomiczną, społeczną i polityczną. Jednym z najbardziej wyróżniających się narzędzi służących konsolidacji jest wspólna waluta. Traktat ustanowił trzyetapową ścieżkę wprowadzenia euro, której kulminacja nastąpiła 1 stycznia 1999 r.

Nie minęło 10 lat, kiedy kryzys z 2008 r. ukazał szereg niedoskonałości tego projektu. Międzynarodowi analitycy zastanawiali się nawet, czy problemy w strefie euro były wtórnym skutkiem globalnego kryzysu, czy też wynikały ze słabości ​​Traktatu z Maastricht. W tym czasie wskazywano na potrzebę zrewidowania długu w strefie euro, zwrócono uwagę na relacje między strukturą rynku a rentownością banków oraz postulowano przyznanie państwom członkowskim większej suwerenności w imię monetarnej i ekonomicznej stabilność.

Ale dużo wcześniej, bo już w październiku 1994 r., prezes Bundesbanku Hans Tietmeyer w kontekście wprowadzenia wspólnej monety podkreślał, że nie liczy się to, czy państwom sygnatariuszom dano czas na przygotowanie gospodarek do 1997, czy do 1999 r. Jego zdaniem liczyło się realne spełnienie minimalnych wymagań określonych przez traktat.

– Kryteriów konwergencji nie wolno w żaden sposób łagodzić. Jeśli daty nie zgadzają się z rzeczywistością, to unia monetarna będzie musiała zostać utworzona później – mówił Tietmeyer. – Decydujące jest, aby członkiem unii monetarnej zostały tylko te kraje, które spełniają wszystkie kryteria – dodawał.

Słowa, które jednak nic nie dały. W latach 2000–2010 kraje strefy euro w swojej polityce fiskalnej nie przestrzegały założeń postanowień Paktu Stabilności i Wzrostu, zgodnie z którym utrzymanie stabilności fiskalnej oznacza nie przekraczanie poziomu 3 proc. deficytu i 60 proc. długu w relacji do PKB. Dla przykładu latach 1999–2008 Niemcy i Francja nie spełniły kryterium 3 proc. deficytu odpowiednio pięć i cztery razy, zaś Grecja nie spełniła tego kryterium ani razu (!) od momentu wejścia do strefy euro w 2001 r. do 2008 r., czyli do momentu krachu na światowych rynkach.

Kryzysu z 2008 r. pokazał, że założenia wspólnej waluty były dobre ale tylko na papierze. Automatyczne stabilizatory koniunktury, na których oparto unię monetarną, nie sprawdziły się, ponieważ ich punktem wyjścia była równowaga fiskalna. Rzeczywistością była rozrzutność fiskalna w Grecji i kryzys zadłużeniowy w krajach południowej Europy. Pakt Stabilności okazał się więc bezużyteczny. W niektórych krajach, takich jak np. Hiszpania, skutki kryzysu gospodarczego z 2008 r. odczuwane są do dziś. Mimo to wielu eurokratów wciąż nie potrafi stanąć w prawdzie i przyznać, że integracja monetarna nie zapewnia stabilności i konwergencji makroekonomicznej.

Obecnie Europa zmaga się z kolejnym kryzysem wywołanym przez pandemię koronawirusa oraz zagrożeniem wojny na Ukrainie. Niestety, wszystko wskazuje na to, że Unia nie odrobiła lekcji z 2008 r. Wciąż dominuje polityka zaklinania rzeczywistości i podwójnych standardów. Coraz bardziej widać, że obecny kształt UE daleki jest od słownikowego rozumienia Unii. Państwa takie jak Niemcy na pierwszym miejscu stawiają swoje partykularne interesy, nawet w sytuacji, kiedy pokój w Europie jest zagrożony przez imperialne zapędy Rosji. Zamiast na realnych problemach, europejskie elity skupiają się na kwestiach obyczajowych, dążąc do unifikacji wszystkich krajów. A przecież 30 lat temu podkreślano, że Unia Europejska będzie wspólnotą heterogenicznych państw. Współpraca gospodarcza nie oznacza pozbawienia państw członkowskich ich suwerenności. Przy okazji okrągłej rocznicy warto przypomnieć fundamenty, na jakich wyrosła Wspólnota, oraz zastanowić się, co zostało z genialnego pomysłu Roberta Schumana i Jeana Monneta.

Ktoś może powiedzieć, że z perspektywy naszego kraju sojusze międzynarodowe mają sens. Gdyby nie przynależność Polski do NATO i UE, bardzo możliwe, że podzielilibyśmy obecny los Ukrainy. Może i tak. Nie oznacza to jednak, że jako społeczeństwo powinniśmy godzić się na wszystko, co powie i podyktuje nam Bruksela.

Poprzedni artykułKtórzy kontrahenci mogą nie zapłacić?
Następny artykułRząd planuje kolejne dopłaty