Tak długo, jak będzie istniała cywilizacja ludzka, tak długo górnictwo będzie potrzebne – mówi nam prof. Wojciech Naworyta z Katedry Inżynierii Górniczej i Bezpieczeństwa Pracy AGH.

FelixMittermeier/Pixabay

Kiedy na Akademii Górniczo-Hutniczej szukałem eksperta od węgla brunatnego okazało się, że nie ma wydziałów, które zajmują się górnictwem albo energetyką węglową. Tylko OZE, OZE, OZE…

prof. Wojciech Naworyta

Najstarszy na AGH Wydział Górniczy nazywa się dzisiaj Wydziałem Inżynierii Lądowej i Gospodarki Zasobami. Górnictwo już dawno przestało być „seksi”.
Uczelnia zależy od studentów, a kto chciałby studiować górnictwo, o którym media donoszą, że jest schyłkowe i właściwie to nikomu nie jest już potrzebne? Tymczasem górnictwo to nie tylko węgle, ale również m.in. surowce skalne, niezbędne choćby dla budownictwa. Gospodarka potrzebuje surowców, a wyłączając surowce roślinne i zwierzęce, wszystkie inne trzeba wykopać – tym zajmuje się górnictwo. Tak długo, jak cywilizacja będzie się rozwijać, tak długo  górnictwo będzie potrzebne. Tego jednak nie dowiemy się z prasy.

Co pan sądzi o konieczności realizacji przez Polskę unijnej polityki energetyczno-klimatycznej?

Jestem zwolennikiem postępu i wierzę, że rozwój technologii po raz kolejny pozwoli nam rozwiązać niektóre problemy cywilizacyjne. Nie mam co do tego wątpliwości, że rynek energetyczny należy rozwijać i dywersyfikować źródła produkcji energii. Obserwując jednak to, co dzieje się w tej dziedzinie mam wrażenie, że zmiany są pozorne, chaotyczne i przede wszystkim nieskuteczne. Denerwuje mnie też brak solidnej informacji w tej dziedzinie oraz to, co podaje się społeczeństwu w codziennej prasie. Jako antidotum na problemy środowiska przedstawia się likwidowanie kopalń i odejście od węgla. Tymczasem nie wiadomo, co zamiast. Ani panele PV, ani wiatraki nie załatwią nam problemu bezpieczeństwa energetycznego kraju. System oparty na rozproszonych panelach PV na dachach naszych domów już się krztusi. Powoli przestaje być wydolny. Sieć energetyczna nie jest zaprojektowana na odbiór energii ze źródeł rozproszonych. Nie mówiąc już o tym, że i jedne, i drugie źródła są chimeryczne i zależą od warunków pogodowych. Nie można oprzeć bezpieczeństwa energetycznego kraju na źródłach zmiennych w czasie. Brutalnie przekonała się o tym Europa w styczniu tego roku, kiedy nawet Szwecja musiała się przeprosić z „brudną” polską energią dostępną na rynku, bo wtedy ani wiatraki, ani panele nie chciały produkować prądu.

A co pan myśli o tempie zmian narzuconych przez Brukselę?

Tempo zmian w energetyce, jakie narzuca Unia Europejska, jest życzeniowe, nierealistyczne i stoi w bardzo mocnej sprzeczności z tym, co się dzieje w świecie. W UE i USA dokonuje się pewnych zmian prowadzących do zmniejszenia emisji CO2 do atmosfery. W tym samym czasie najbardziej ludne kraje świata, czyli Chiny i Indie rozbudowują energetykę opartą na węglu. Zmniejszenie emisji w UE i USA ma się nijak do wzrostu w Indiach i Chinach. Wynika to z ogromnego deficytu energii w tych ostatnich.

Gdyby nie było polityki europejskiej, to Polska też musiałaby to robić, czy niekoniecznie?

Jako realista patrzę na problem dostrajania się do mitycznej zeroemisyjności z punktu widzenia możliwości. Jeśli popatrzymy na państwa europejskie i ich potencjał wytwórczy, wytwarzanie i konsumpcję energii, to Polska jest w tej dziedzinie pariasem zjednoczonej Europy. Zrobiłem proste porównanie produkcji energii per capita w TWh na milion mieszkańców. Nie wchodząc w szczegóły i dokładne liczby wygląda to tak, że Szwecja produkuje i konsumuje ok. 16 TWh energii na milion mieszkańców, Niemcy – 8, średnia UE to 6, a Polska ok. 4. Za nami w UE jest tylko Rumunia.
Nie mamy nadwyżek energetycznych, a od pięciu lat obserwujemy deficyt, który narasta, bo wzrost gospodarki pociąga zwiększone zapotrzebowanie na prąd, a nie produkujemy go wcale więcej. Przyrost źródeł opartych na OZE nie przekłada się wprost na wzrost produkcji energii. Potencjał wytwórczy 1000 MW w bloku węglowym wcale nie jest równy 1000 MW w oparciu o OZE. Te ostatnie produkują energię wtedy, gdy pogoda pozwala. Wykorzystuje się w najlepszym razie 30 procent tego potencjału. Teoretycznie, chcąc zatem zastąpić węglowy blok o mocy 1000 MW, należałoby zainstalować co najmniej 3000 MW na źródłach OZE i magazynować na bieżąco wyprodukowaną energię. A wielkich magazynów energii przecież wciąż jeszcze na świecie nie ma. Nadzieja w rozwoju technologii.

Na czym w tej sytuacji Polska powinna oprzeć swoją energetykę?

Zacznijmy od tego, że obecnie pracujące bloki na węgiel brunatny, w oparciu o udostępnione złoża mogą produkować energię przez co najwyżej 20 lat i to oczywiście z tendencją spadkową. W energetyce 20 lat to bardzo niewiele. Mniej więcej tyle mówimy o atomie i im dłużej o nim mówimy, tym bardziej oddalamy się od budowy elektrowni jądrowej. Uważam, że należy dywersyfikować źródła, ale nie przez likwidację bloków istniejących. Te wkrótce same znikną z powodu wyczerpywania się zasobów w udostępnionych złożach. Należy ten czas wykorzystać na budowę bezpiecznych i stabilnych źródeł energii – może właśnie w oparciu o atom, ale należy zacząć już teraz. Aby móc zmieniać mix energetyczny, nie możemy zacząć od likwidacji źródeł istniejących. Przecież już teraz brakuje nam energii. Przedwczesna likwidacja bloków węglowych doprowadzi do dramatycznego skoku importu energii i w konsekwencji do wzrostu cen. Mieliśmy już tego próbkę przy okazji krótkotrwałej awarii sieci energetycznej i w konsekwencji konieczności wygaszenia bloków elektrowni Bełchatów, czyli ok. 20 proc. polskiego potencjału wytwórczego. Poza tym, patrząc na cele środowiskowe, nikt nam nie zagwarantuje, że energia importowana będzie tą czystą, zeroemisyjną energią. Zresztą pojęcie tzw. zeroemisyjności jest pojęciem utopijnym, czysto propagandowym.

Czyli postuluje pan, by korzystać z posiadanej energetyki węglowej do momentu, aż się zamortyzuje. Budować, czy nie budować nowych bloków?

Klimat inwestycyjny w Europie jest taki, że nie ma co marzyć o nowych inwestycjach na węglu brunatnym. Tak uważam nie dlatego, aby było to niecelowe, tylko jestem świadom, że przy obecnym braku akceptacji społecznej nie jest to po prostu możliwe. Przed dekadą kierowałem zespołem projektującym kompleks górniczo-energetyczny na złożu Gubin. Powiedziałem wtedy: „Jeżeli w tych warunkach geologicznych, środowiskowych i społecznych nie da się tego zrealizować, to już nigdzie się to nie uda”.
Niestety moje słowa były prorocze. Uwarunkowania złożowe, środowiskowe, społeczne i wszystkie inne były naprawdę dobre i koszty środowiskowe tej inwestycji były relatywnie niskie w porównaniu do innych złóż. Nie udało się. Inwestor odstąpił w wyniku niekorzystnego klimatu inwestycyjnego. Oczywiście to, co wyżej powiedziałem, w uszach tzw. ekologa wyda się herezją, bo każda inwestycja górnicza, łącznie z małą żwirownią, to przecież „katastrofa ekologiczna”, o czym przekonuje nas codzienna prasa.

Co jest prawdziwym problemem? Presja społeczna, czy regulacje unijne?

I jedno, i drugie. Regulacje unijne powodują, że to, co było opłacalne wczoraj, dzisiaj już jest nieopłacalne. Dochodzi ten podatek od CO2, który jest podatkiem regulacyjnym i on nie wynika z kosztów wytwarzania energii. Jest to podatek internalizacyjny mający na celu zapłatę za tzw. koszty zewnętrzne powodowane przez emisję. Niestety europejski system opodatkowania CO2 tak naprawdę nie wpływa na obniżenie światowej emisji tego gazu, bo najludniejsze kraje azjatyckie z nawiązką nadrabiają to, co w Europie i USA uda się obniżyć. Problem klimatu jest przecież problemem globalnym. Z przykrością muszę stwierdzić, że wysiłki europejskie – przy ogromnych kosztach społecznych – są daremne. Są nieskuteczne. Może spróbujmy przekonać Hindusów lub Chińczyków, że powinni ograniczyć produkcję prądu? Kto choć raz był w Indiach wie, że czego jak czego, ale akurat energii elektrycznej im nie zbywa. A Chiny wciąż rozwijają się dynamicznie i dla rozwoju potrzeby jest prąd.

Czyli polska energetyka węglowa mogłaby funkcjonować, gdyby nie polityka unijna…

Medialna nagonka i pochopne w Polsce wycinanie inwestycji energetycznych ze względu na ochronę środowiska to jest moim zdaniem błąd. Każdy nowy blok na węgiel to jest eliminacja i zastępowanie starych, wysłużonych bloków, które planowo się likwiduje. Nowy blok w elektrowni konwencjonalnej to nie jest dodatkowy blok na węgiel zwiększający potencjał węglowy, tylko substytucja starych wysłużonych jednostek, których już nie ma sensu modernizować. Niedawno zlikwidowano elektrownię Adamów o mocy 600 MW w Turku na Wielkopolsce. Modernizacja tej jednostki byłaby bezcelowa. Zlikwidowano starą elektrownię, ale w zamian nie mamy nic nowego. Największa elektrownia PV budowana w tamtej okolicy, o mocy 150 MW, nie zastąpi przecież elektrowni konwencjonalnej o mocy czterokrotnie większej.

Z tego co pan mówi, nie ma szans na przedłużenie jakiejkolwiek koncesji dla odkrywki węglowej.

Nie tyle przedłużenie, co wydanie nowej koncesji. Społeczna niechęć podsycana nierzetelną informacją medialną jest tak duża, że nikt nie podejmie ryzyka wydania koncesji na coś, co jest tak niepopularne.

Czy na pewno to społeczna niechęć, czy propaganda?

Oczywiście propaganda. Ludziom się wmawia, że to jest samo zło, katastrofa ekologiczna, zniszczenie krajobrazu i tym podobne banały. Tymczasem koszty środowiskowe, które oczywiście występują, są jednak lokalne i przejściowe, są tymczasowe.
Ogromne zwałowiska koło Bełchatowa czy w Bogatyni są od dawna zrekultywowane, zalesione. Na tzw. Górze Kamieńsk, czyli byłym zwałowisku kopalni, jeżdżą w zimie narciarze, startują paralotnie, spacerują turyści. Na wierzchowinie kręcą się wiatraki. Byłe wyrobiska po eksploatacji węgla w rejonie konińskim są dziś jeziorami, 70 metrów nad wydobytym pokładem węgla uprawia się rolę. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że to krajobraz pogórniczy.
W tym miejscu muszę zaznaczyć, że górnictwo to jedyna branża gospodarki, która tereny wykorzystane zwraca przyrodzie. Żadna inna działalność przemysłowa tym się nie cechuje. Wszystkie akweny w otoczeniu Krakowa są wyrobiskami górniczymi – mało kto o tym wie. A są to tereny turystyczne i atrakcyjne przyrodniczo.
Surowce energetyczne, budowlane, chemiczne, metaliczne będą napędzały gospodarki światowe niezależnie od tego, czy to będzie modne i popularne, czy też nie.